Stał oparty o zimny kamień ściany jaskini zwanej Ice i przyglądał sie przedstawieniu, które odgrywało się tuż przed nim z lekkim uśmiechem.
Do jaskini przyciągnęły go odgłosy walki. Jak zawsze w takich sytuacjach nad rozsądkiem górę wzięła ciekawość. Wszedł by trafić w sam środek walki i natychmiast instynktownie rozpłaszczył swe ciało na pobliskiej ścianie, zlewając się z nią. W srodku wrzała walka. Czterech osobników różnej profesji, wśród których rozpoznał wojownika maga i najbardziej charakterystyczna postać Rycerza Zakonnego, zwierało sie w boju z ogromną ilościa orków i żywiołaków lodu. Chwila obserwacji i zimnej kalkulacji pozwoliła mu ocenić, że sytuacja nie wyglądała najlepiej dla śmiałków. Mimo ze strawnie i szybko eliminowali wrogów, tych drugich wcale nie ubywało, wrecz przeciwnie!. Na każdego zabitego przychodziło dwóch następnych!
Zastanowił się i rozejrzał. Stał tuż obok wejścia, więc jeśli posiłki nadchodziłyby z zewnątrz, musiały go minąć. A nie minęły.. Jeśli nadchodziłyby z głebi jaskiń, musiałyby nadchodzić od tyłu walczących a co za tym idzie, otoczyć ich. A tak też się nie działo. Skąd wieć biorą się nowe zywioły...
Stał dobre pare minut uważnie obserwując walkę i po chwili go zauważył. Niewysoki chudy ork o białej jak śnieg skórze nieustannie krzyczał jakieś słowa...nie...skoncentrował się...ork rzucał zaklęcia! Wciąz ten sam czar. Obserwował jego ruchy, zauważył jak krzyknła i wskazał nieopodal ziemie swym krzywym kosturem. Śnieg zadrżał i...zaczął formować się w humanoidalnego stwora. Więc tu jest źródło...
Znów skierował swój wzrok na walczących. Byli dzielni i wyczerpani, Rycerz Zakonny mocno ranny. Długo się nie utrzymają. Wiedział o tym. Wiedział, ale mimo to bez zastanowienia zaczął kierować się ku wyjściu. Nie lubił walki,z reszta, dlaczego miałby im pomóc? Nie miał w tym swego interesu, a poza tym...nie przepadał za Zakonem.
Już miał sie odwrócić i wyjśc z jaskini, kiedy jego bystre oko wychwyciło jakis błysk. Zaciekawił się. Błysk miał swe źródło w nieustannie krzyczącym lodowym orku. Ogromny złoty naszyjnik, od którego biła aura piękna i mocy przykuł jego uwage. Ładne. I niemal w zasięgu ręki...Ponownie przeanalizował sytuację. Walka trwała na dobre, cała uwage orków i żywiołow przykuwali czterej walczący a lodowy ork zajęty był nieustannym przywoływaniem coraz to nowych sług. Sprawa była prosta. Bardzo prosta...
Wolno, nie odrywając pleców od skały zaczął przesuwać się w stronę lodowego orka. Będąc poza zasięgiem jego wzroku pochylił się i lekkim krokiem ruszył przez korytarz ku swemu celowi, nie powodując żadnego hałasu, choć wiedział, że choćby wjechał tu kłusem na pancernym smoczysku i tak by go nikt nie usłyszał. Szedł bezgłośnie i zwinnie bo tak miał w zwyczaju. Bo tak lubi.
Po krótkiej chwili był już za plecami orka wpatrzony w jego kark i gruby, złoty łańcuch, okalający jego szyję. Łańcuch, w którego oczkach umieszczono diamenty. Uśmiechnał się.
Szybki błysk stali, czerń płaszcza, pojawiająca się i pochwili niknąca w mroku postać.
Ork przerwał zaklęcie w połowie ze zdziwieniem rozglądając się po jaskini. Czarna, gęsta krew dopiero po chwili zaczęła płynąc obfitym strumieniem w dół, z rozpłatanego gardła. Ork nie przestając się dziwić upadł, drgnął...i znieruchomiał.
Przyklęknał na jedno kolano i zdjął delikatnie wisior z szyi stwora, natychmiast chowając zdobyćż pod płaszcz. Unióśł wzrok na walczących...i napotkał wzrok Zakonnika....
Tu skończe, by dać szanse wykazania się innym:)
Pozdrowienia Daro