Wciągnął w nozdrza powiew świerzego, porannego powietrza. Widoczność z wysokiej, drewnianej palisady otaczającej miasto, była tego dnia wyjątkowo dobra. Mgły zalegały jeszcze na tyle nisko, że wprawny obserwator mógł dostrzec na poludniu, w oddali, strzelistą baszte orkowych foryfikacji. Gdzieś, na lewo od niej zieleń gestego lasu, przerywały dachy białych namiotów, skąpane w porannym słońcu, coraz szybciej zalegającego na świecie dnia. Spojrzał w dół. Brama była dobrze zaryglowana, a w strzelnicach wież leżaly przgotowane bełty i kusze. Kawałek dalej, Zielonooka, jego wierna klacz, skubała trawę strzygąc uszami. Zamknął oczy, by raz jeszcze posłuchać śpiewu budzących się z porannym brzaskiem ptaków. Wiedział, że juz niebawem cisze rozedrze śpiew i stukot kopyt tysięcy rycerzy...