Autor Wątek: Z Kroniki dziejów Asheyów  (Przeczytany 922 razy)

Offline Lindi

  • Gracze DM
  • Zarejestrowany
  • Wiadomości: 1001
  • Nitrogliceryna
Z Kroniki dziejów Asheyów
« dnia: 2010 08 04, 20:17:03 »
W końcu dotarli, stali teraz u podnóży wielkiego wodospadu. Mała niziołka rozglądała się zaciekawiona co to za miejsce. Wszyscy byli podekscytowani a ona pewnie najbardziej. To właśnie dla niej tu przybyli, aby mogła zdobyć jeden ze składników do rytualnego przystąpienia do plemienia.
Szamanka wysunęła się na przód i zaczęła przemawiać i modlić się w stronę szumiącej wody, reszta trzymała się raczej z tyłu i przyglądała w skupieniu. Po chwili z wody spływającej w dół uformowały się wodne istoty którym nie spodobało się towarzystwo plemienia. Coś się nie powiodło.. coś musiało być nie tak. Łowcy pokonali wrogie żywioły a niziołka wystraszona całą sytuacją chowała się za nimi. Kapłanka znów wywoływała strażnika. Pojawił się formując z szumiącej wody, jednak nie reagował na słowa szamanki. Wszyscy nagle swój wzrok skierowali na niziołkę. Sparaliżowana strachem po tym, co się przed chwilą działo w końcu po wielu namowach wyszła na przeciw strażnika i zaczęła prosić o to, po co przyszli. Strażnik wciąż jednak wszystkich ignorował. Po wielu próbach i różnych sposobach niziołka zrezygnowana podeszła do strażnika i wystawiwszy ku niemu dłoń starała się go dotknąć. Przy zetknięciu z jego powłoką poczuła przeszywające ją zimno. Gdy wyciągnęła dłoń z jego wodnego ciała okazało się, że trzyma w niej magicznie zamrożoną bryłę źródlanej wody. W końcu mieli to, po co przybyli. Podziękowali strażnikowi i ruszyli dalej.
[tutaj wytniemy działania "miłego" GMa  ::) ]

Następnego dnia mieli jeszcze dwa cele podróży: rozległe bagna oraz jedną niewiadomą.
Przemieszczanie przez podmokły teren nie sprawiło im wielu kłopotów, to był ich teren i znali go nazbyt dobrze. W końcu dotarli do osady jaszczuroludzi. Tym razem te wrogie istoty zdawały się bronić czegoś wyjątkowo zajadle... to musiało być to! Po wygranej bitwie niziołka dotarła w końcu na miejsce. Między paroma drzewami na małym pagórku rósł niesłychanie piękny kwiat. Był zupełnym przeciwieństwem tego, co go otaczało. Mienił się wieloma odcieniami fioletu. Niziołka mając wpraw z kwiatami chwyciła go ostrożnie i podcięła łodyżkę. Zapach jaki się rozniósł był odurzająco słodki. Wszyscy cieszyli się z kolejnego powodzenia, teraz jednak zostało to najgorsze.
Nie wiedzieli gdzie dokładnie mają szukać ostatniego ze składników, Zgodnie ze słowami szamanki spadające części nieba są niemal nie do zdobycia.. ponoć w ciągu całego pokolenia mogą nie spaść ani razu. Pełni nadziei ruszyli jednak na poszukiwania. Po drodze natchnęli się na dziwnego starca który zdawał się być nieco pomylony, Opowiedział im jak to gdy odwiedzał amazonki (każdy zdaje się wiedzieć w jakiej to sprawie) na ich osadę spadła gwiazda z nieba i prawie wszyscy zginęli. Nie czekając dłużej z mało przyjemnym (zwłaszcza dla niziołki) starcem ruszyli do amazonek. Tak się jakoś dziwnie i całkowicie przypadkowo złożyło, że jeden z łowców też lubił je odwiedzać...
Waleczne amazonki nie dały ze sobą zamienić ani słowa, więc plemiona skrzyżowały oręż. Asheye szybko zaczęli wygrywać i w końcu udało się pokonać wszystkie wojowniczki. Nizołka przy ciele przywódczyni znalazła gwiezdny pył którego tak zawzięcie szukali.
-Mam już wszystko! -krzyknęła uradowana.
Wszyscy popędzili swoje wierzchowce i ruszyli do plemiennej chaty.

Parę dni później nastał czas rytuału. W wąskim gronie trzech osób odbyła się modlitwa za którą niziołka niezbyt nadążała. Język plemienia nie był zbyt łatwy do opanowania. Po modłach nastąpiło wymieszanie składników które utworzyły jednolitą, fioletową masę. Jedyny mężczyzna odwrócił się plecami do kobiet, a niziołka zdjęła koszulę poddając się malunkom szamanki. Na jej piersiach został narysowany jej duch-opiekun kot, a twarz pokryta została tradycyjnymi wzorami.
Farba była lodowata, ale jej działanie wprost przeciwnie. Dusza niziołki odczuwała promieniejące od malunków ciepło. Według wierzeń Asheyów, woda która była składnikiem farby była krystalicznie czysta, a sam rytuał oczyszczał i umacniał też ducha czyli Naname.
Po skończeniu malunków niziołka została powitana jako nowa członkini dumnego plemienia Asheyów. Wszyscy usiedli w kręgu i rozmawiali do późnej nocy.
"koń amazonki fabularnie jest tak z nią zżyty że w gdy ona pada to jemu pęka serce z żalu."  :D

 

Offline Gonzorr

  • Gracze DM
  • Zarejestrowany
  • Wiadomości: 158
Odp: Z Kroniki dziejów Asheyów
« Odpowiedź #1 dnia: 2010 08 04, 21:45:50 »
Spoczko loczko. ;] Ciekawe opowiadanie...
"Nie ma sensu z nim dyskutować, kto się kmiotem urodził rycerzem nie zdechnie." - Raaban

"vibo idz sobie do piaskownicy popyskuj kolezankom" - Laurecja

Offline Parias

  • Gracze DM
  • Zarejestrowany
  • Wiadomości: 253
  • Szary Wilk
Odp: Z Kroniki dziejów Asheyów
« Odpowiedź #2 dnia: 2010 08 11, 09:39:31 »
Brawo kocie;)

A gdzie brawa ? *klaszcze* Lindi na prezydenta Lindi stawia piwo:D
« Ostatnia zmiana: 2010 08 17, 04:57:13 wysłana przez Parias »

duzem

  • Gość
Odp: Z Kroniki dziejów Asheyów
« Odpowiedź #3 dnia: 2010 09 05, 01:20:35 »
usunac lindi zza krzyza!

ahh to nie ten temat

przyjemnie sie czyta do zobaczenia w grze... moze! :P

Offline Senoth

  • Gracze DM
  • Zarejestrowany
  • Wiadomości: 107
Odp: Z Kroniki dziejów Asheyów
« Odpowiedź #4 dnia: 2010 09 10, 17:34:04 »
Nie bawie sie w zadne kursywy itp itd;] Milego czytania :)


Był zimny pochmurny dzień, deszcz padał niemiłosiernie każda ulica w Cove była pełna wody. W niskiej ciemnej karczemnej izbie zasiadała grupa wojowników głośno dyskutująca w ostro brzmiącym języku. Salę wypełniał przyjemny zapach palonego w piecu igliwia, lecz czuły nos mógł wyczuć znacznie więcej... Męski pot, piwo, szczyny, pieczoną świnię, rzygowiny... Oraz zapach świeżo przelanej, ludzkiej krwi. Przez uchylone drzwi wejściowe do karczmy wkroczył wysoki ale szczupły mężczyzna o zielonych splecionych w warkocz włosach, delikatne rysy twarzy… na prawym policzku dwie równolegle blizny. Oczy koloru brązowego. Ubrany w zielony skórzany uniform. Na ramionach zielony płaszcz z niedźwiedzia a na szyi kilkadziesiąt rzemieni z ozdobami, na ręce naciągnięte zielone rękawice aż do łokci. Spodnie koloru ciemnozielonego przepasane grubym pasem, a do tego sakiewka. Buty skórzane, zielone wysokie za kostki. Na plecach tarcza a przy pasie młot. Podszedł do baru i zamówił najdroższe wino. Wszyscy spoglądali na niego i szeptali cos miedzy sobą że to ten z tego plemienia z Dziczy. Karczmarz trochę zdziwiony… no ale podał i zaczął dalej polerować kufle. Co chwile patrząc na nieznajomego. Wiedział ze na niego spatrzy i powiedział.


Potrzebuje informacji – zimny drażniący wzrok mężczyzny przeszył karczmarza na wylot.
Nie ma nic za darmo – wycedził karczmarz poczym podał kielich wina nieznajomemu.
To się rozumie – Dzikus przesunął sakiewkę w stronę karczmarza i upił trochę wina poczym dodał. Nie mam zbytnio czasu, zadaje pytanie i oczekuje szybkiej odpowiedzi, bo naprawdę się spieszę.
Karczmarz schował do kieszeni sakwę i nachylił się ku mężczyźnie.
Chandalen przybliżył się jeszcze trochę, rozejrzał się po karczmie i poprawił rzemyk z drewnianym gwizdkiem..
Kobieta, Niziołek, śliczna, krótkie rude włosy... bez butów. Jest albo była tutaj? – Mówiąc cicho robiąc przerwę po każdym słowie upijając z kielicha wino.
Właściciel karczmy zamyślił się chwile.
Była tu napoił lamę i ruszył z rana jakieś pół dnia temu – drżącym głosem patrząc w oczy nieznajomego wycedził cicho.
Cholera – uderzając pięścią w ladę mężczyzna zwrócił na siebie uwagę pozostałych, – na co się patrzycie? Cholerne szczyny tutaj podają… - rozejrzał się bacznie po ludziach z ironicznym uśmiechem na twarzy. Dobra dzięki, czas na mnie – mężczyzna wstał, spojrzał jeszcze raz na wszystkich i wyszedł…

Było pochmurno wiec Chandalen naciągnął kaptur na głowę, kierował się prosto do stajni po swojego ostarda gdy na północnym niebie zauważył dziwna łunę. Niebo miało kolor pomarańczowy. Jakby dzień dopiero wstawał. Dzikus szybkim krokiem wszedł na teren stajni, rzucił młodemu stajennemu kilka złotych monet i wskoczył na swojego ostarda poczym przylegał do niego. Ostard wydal dziwny gardłowy dźwięk i ruszył, od razu przechodząc do galopu. Mężczyznę było słychać z dużej odległości wiec wszyscy na placu targowym zaczęli się odsuwać widząc jak nadjeżdża. Łowca kierował się od razu do głównej bramy. Nie wiadomo dlaczego Bhern – strażnik spróbował zatrzymać jeźdźca który bez wahania przeskoczył nad wysunięta dzidą strażnika i nie zatrzymując ostarda ruszył dalej. Pędząc na złamanie karku przez las mijając bagna mężczyzna kierował się do swojej plemiennej wioski. Wioska chroniona z trzech stron woda miała tylko jedno wejście. Przez las który jest niegościnny i pełen niebezpieczeństw. Takie pędzenie przez las, prawie na oślep dla niedoświadczonego podróżnika było by jak podroż prosto w ramiona śmierci ale nie dla Chandalena i jego współbraci. Przyzwyczajeni do Dziczy w tych lasach czuli się prawie jak w domu który ich pradziadkowie musieli opuścić. Przejeżdżając przez las ostard Łowcy zwolnił widząc ze drzewa zaczynają się przerzedzać. To znak ze wkraczają na tereny wioski. Dzikus rozejrzał się dokoła nie zauważając żadnego ze swoich współbraci na warcie zmarszczył czoło poczym spojrzał w gore. Drzewa były oplecione jarzącą się pomarańczową liana.

Ostard Chandalena stanął dęba wjeżdżając na polanę. Mężczyzna zeskoczył z wierzchowca i ruszył przed siebie poprawiając uniform i bron. Widząc domy swych współbraci i sióstr uśmiechnął się od ucha do ucha. Szedł przez wioskę za dziwna liana. Liana biegła przez cala wioskę aż do Domu Przodków. Chandalen szybkim krokiem wszedł na plac w którym znajdował się ów dom. Liany zbiegały się w jednym miejscu. Była to przedziwna istota. Pomarańczowo-złota. Bil od niej blask i przyjemne ciepło. Mężczyzna zauważył swoich współbraci stających dookoła istoty. Stali tak z otwartymi ustami. Jedni przyciskając ręce do piersi a inni klęczący na kolanach.

O! Chandalen – z niewielkiego tłumu wyskoczyła niska postać. To była Lindi rudowłosa kobieta bez butów. Podbiegła szybko i rzuciła mu się w ramiona – Jak ja Cię dawno nie widziałam! – Niziolek ucałowała Łowcę w policzek. Namayashi się nam ukazała – wskazała gorejącą istotę – Chodz! – pociągnęła go za ramie.

Witaj me dziecię – Słowa pojawiały się z nikąd. Istota nie miała ust a jednak słychać było co mówi. Chandalen uśmiechnął się delikatnie i pokłonił się nisko.

Cos się stało? Zmartwiliśmy Cię czymś? Nie postępujemy wedle twojej woli? – Mężczyzna powoli i dokładnie wymawiał każde słowo. Istota zaczęła dziwnie się kołysać poczym znikła. Wszyscy rozejrzeli się dookoła. Nagle ze strony wody nadleciał wielki orzeł, przysiadł na dachu Domu Przodków. Miał pewno z piętnaście stop wysokości pokryty był piórami o pomarańczowej barwie.

Ja jestem życiem! I ja daje życie. Ja jestem wszystkim co was otacza – Słowa znów zaczęły się pojawiać w głowach zebranych. Będziecie czcić mnie i moja siostrę Xis Maur. – Orzeł wzleciał w powietrze i zniknął za horyzontem. Za Domu Przodków wyszedł Wielki Biały Jeleń.

Czcić mnie będziecie w dwóch postaciach. I nikt z was więcej nie otrzyma totemu Orla i Jelenia. Czekajcie na mą siostrę. – W jednej chwili niebo poczerniało. Chmury zrobiły się czarne. Wiatr ustal. Jeleń zniknął. Gdzieś daleko w lesie słychać było wilcze wycie. Skowyt zbliżał się jakby sama śmierć przychodziła. W czerni dni z dachu Domu Przodków zeskoczyła czarna jak noc pantera. Oczy miała zielone, świecące. Kły białe jak śnieg a futro czarne. Jakby wysysało cale światło z otaczającego je świata.

Ja jestem Xil Maur. Czcić będziecie mnie pod postacią pantery i nikt już nie będzie godzien nosić mego totemu. – Pantera przeszła przez tłum i stanęła za Domem Przodków. Wszyscy zebrani ruszyli powoli za nią.

Oto dar. Od nas dla was żebyście pamiętali... – Pantera uderzyła łapa w ziemie. Ziemia zadrżała, pojawiła się nie wielka szczelina i kilka kamieni. Trysnęła krystalicznie czysta woda. – Dbajcie oto, to źródło waszego życia. Jeśli ono wyschnie. To Wy tez. – Pantera wskoczyła na pobliski budynek i znikła. Znów nastał dzień.


To było niesamowite. – odezwał się ktoś z tłumu. O tak – odezwał się następny. Chandalen wszedł do Domu Przodków i wyciągnął dłuto i niewielki drewniany młotek. Podszedł do kamieni przy źródełku.


Źródło Życia Ashey’ów.

Offline Chire

  • Gracze DM
  • Zarejestrowany
  • Wiadomości: 65
  • Wicked Witch of the West
Odp: Z Kroniki dziejów Asheyów
« Odpowiedź #5 dnia: 2010 09 12, 22:44:15 »
Ten dzień zaczął się dla Luthien zupełnie normalnie. Wstała rano, zjadła obfie śniadanie i zabrała się od razu do ciężkiej pracy. W planach miała zgłebiac naukę Matki Natury, jednakże z przerażeniem stwierdziła, że kończą jej się zapasy żywności. Zabrała sie do gotowania, a że dobrą kucharką jest to wprawnie jej to szło. Wtem, rozległ się cichy powiew skrzydeł i na jej ramieniu wylądował gołąb, trzymający w dzióbku wiadomosc- "Dzisiaj Luthien jest twoj wielki dzień. O 17 godzinie czasu astralnego przybądź do wioski odziana w zbroję i siedząca na wierzchu". Luthien mimowolnie się uśmiechnęła. Westchnęła błogo i poczęła przygotowywac się na spotkanie. Ubrała swą bagienną zbroję, przepaskę Lin'dii, narzuciła płaszcz i przeteleportowała się do Yew po swego przyjaciela Pielgrzyma, lodowego rumaka. Następnie udała się spowrotem do wioski. Tam czekała już wesoła Lindi, Abigail, Chandalen oraz Gronmar. Poczęli rozmawiac sobie o rzeczach trywialnych gdy nagle z płomieni ogniska wyłoniła się Xil Maur, Pani Nocy, w postaci czarnej niczym bezgwiedne niebo pantery. Przemówiła do Luthien i Abigail swym potężnym, władczym głosem. Wpierw podeszła do nieco przestraszonej Luthien:
- Tak. Wiem kim jesteś Luthien- kładąc łeb na jej kolanach przemówiła spokojnie.- Chciałabyś należec do plemienia Ashey. Jednak twe serce, mroczne czasy pamięta.- ze świdrującym spojżeniem przemówiła Xil Maur.
Luthien zaniepokoiła się nieco, gdyż przeszłośc jej, choc nie była zbyt kolorowa, miała zostac w jej ciele. Zapomniana na zawsze, zatracona.
- Jednak- odezwała się Pani Nocy- masz szansę oczyścic swą duszę, jeśli tego zapragniesz.
Luthien natychmiast pokiwała głową. Była zbyt nieśmiała by odpowiedziec awatarowi słowami ludzkimi. To by było takie proste, takie zwyczajne, niegodziwe dla tak potężnej istoty.
Xil Maur przeniosła się do Abigail. Poprowadziła z nią podobny dialog. Kiedy skończyła przemówiła do obydwóch kobiet:
- Teraz pójdziecie znaleźc Wysłannika mego, który dopełni waszego przystąpienia. Aby tam dotrzec krew musi zostac przelana, ale tylko tam możecie oczyscic swe dusze- spojżała wymownie na Luthien po czym zniknęła.
Obydwie kobiety dosiadły swych wierzchów i pomknęły na poszukiwania Wysłannika Pani Nocy. Przemierzały doliny i góry, aż w końcu natknęły się na niewielką osadę dzikusów, którzy rzucili się w pojedynek. Abigail i Luthien z pomocą swych kompanów szybko się ich pozbyli. Rozglądali się wszędzie w poszukiwaniu Wysłannika. Takowego jednak znaleźc nie potrafili. Wtem, rozległ się potęzny głoś, a na podeście pojawiła się istota przypominająca prastarego enta.
- Jam jest Wysłannik Namayashi- rzekła istota- te które dokonac rytuału chcą niech wejdą na podest.
Luthien nieco chwiejnym krokiem wspieła się na schody. Wysłannik zwrócił się ku niej, świdrując ją swym spojżeniem.
- Czego pragniesz od Asheyów Luthien?- spytała istota
- Pragnę razem z nimi życ w zgodzie z MAtką Naturą- odpowiedziała pewnie
- ŹLE!!- rozdarła się istota, a kobieta zrobiła mimowolnie krok do tyłu.- Nie wolno pragnąc! Trzeba dawac! Nigdy brac!
Luthien pokornie opuściła głowę zgadzając się w pełni ze słowami Wysłannika.
- Jednak masz jeszcze szanse oczyścic swe serce Luthien. Nauczysz się.- nieco łagodniej powiedziała istota.
Wysłannik jednak nie pozwolił by Luthien przystąpiła do plemienia, ot tak. Otrzymała od niego trzy zagadki na które musiała odpowiedziec. Z pierwsza poradziła sobie całkiem dobrze. Z drugą także. Jednak trzecia zagadka okazała się niesamowicie trudna. Główkowała i główkowała. Trzy odpowiedzi dała Wysłannikowi, jednak wszystkie były złe. Na szczęście w ostatniej chwili do głowy przyszła jej prawidłowa odpowiedź
- Nic- odpowiedziała pewnie.- Pustka, nicośc
-Tak Luthien, to prawidłowa odpowiedź.
Istota uniosła swe konary w górę i w tym samym momencie, kobieta poczuła niesamowite ciepło, które rozgrzewało jej duszę i serce. Pod wpływem mocy Namayashi, ugieły się pod nią kolana. Wysłannik wręczył w jej ręcę trzy niezwykle ważne składniki potrzebne do dalszego rytuału, po czym zniknął.
Cała gromada powróciła do osady, aby dopełnic przysięgę Luthien. Chandalen odebrał składniki i zaczął je mieszac wprawną reką, aż uzyskały jednolity fioletowy kolor. Do Luthien podszedł Gronmar. A nad głowami zebranych słychac było śpiew jastrzębia. Latał nad nimi, zdawało się, że jego bystre oczy spoglądają na Luthien. W tym momencie poczuła silną więź ze zwierzęciem. Gronmar uśmiechnął się nieznacznie, po czym namalował fioletową mazią na ramionach młodej Asheyki skrzydła jastrzębia. Awatar Namayashi przyglądał się wszystkiemu, jego oczy lśniły spoglądając na Luthien. Gdy rytuał się dopełnił, wszyscy ciepło powitali nową Asheykę. Ta zaś wsłuchana w śpiew jastrzębia, który krążył nad jej głową, usiadła obok paleniska, by zamknąc oczy choc na chwilę i usłyszec szepty Matki Natury...
Cowards die many times before their deaths. The valiant never tastes of death but once..

Offline Senoth

  • Gracze DM
  • Zarejestrowany
  • Wiadomości: 107
Odp: Z Kroniki dziejów Asheyów
« Odpowiedź #6 dnia: 2011 05 14, 14:27:15 »
Forma kroniki/pamietnika jest celowa. Mysle ze wiekszosc wpisow w tym temacie z mojej strony bedzie wlasnie tak wygladac. Milego czytania. Pozdrawiam.

1 Narodziny Słońca, wieczór.
Jestem głęboko zasmucony. Nie wiem za bardzo co mam robić. Dziś obchodziliśmy święto przesilenia letniego lecz podczas uroczystości ku zdziwieniu wszystkich to nie Namayashi przybyła do nas tylko jej siostra Xil – Maur aby przekazać nam straszne wieści. Avatar Namayashi został porwany. Powiedziała nam ze to jeden z klanów żyjący na mało znanych Nam ziemiach nazywanych Ilshenar.  Wspólnie podjęliśmy decyzje ze Ja – Chandalen i wódz Gronmar wyruszymy w celu uwolnienia Bogini.

3 Narodziny Słońca.
Zebraliśmy wszystkie potrzebne nam rzeczy aby wyruszyć, najszybsze konie, prowiant, a nawet zabrałem bukłak wody z naszego źródła. Nasz plan działania był prosty. Najpierw będziemy chcieli nawiązać kontakt i spróbować negocjacji jeśli to nie da efektów uwolnimy Namayashi siłą. Jutro o wschodzie słońca wyruszamy.


4 Narodziny Słońca.
Xil – Maur musiała nas i nasze konie natchnąć swoja łaska bądź byliśmy tak zdeterminowani że nie odczuwaliśmy zmęczenia. Podroż do Ilshenar trwała 3 dni konno.  Musieliśmy uzupełnić zapasy w tym celu skierowaliśmy nasze konie do malej wioski Aurin położonej 6 dni od znanych nam dzikich w tej okolicy.

10 Narodziny Słońca, rano.
Gdy wchodziliśmy do lasu nie wyczuwałem nic. Żadnej żywej istoty. Kierowaliśmy się w dobrze nam znanym kierunku. Tam gdzie zawsze stały czujki dzierżące luki z zatrutymi strzałami teraz nie było nikogo. Gdy znaleźliśmy ścieżkę prowadzącą do centrum ich osady wiedzieliśmy ze odbył się tutaj mord. Co jakiś czas na drzewach i ziemi widzieliśmy plamy wyschniętej krwi. To było przerażające, w centrum wioski przy ciele kobiety klęczał chłopiec. Wystraszył się nas myśląc ze jesteśmy tu po to by go zabić. Gronmar wytłumaczył mu po co tu przybyliśmy, rozbiliśmy obóz i wysłuchaliśmy jego opowieści.. Tą wioskę zaatakowali Dzicy którzy nieśli ze sobą białego jelenia. Powiedział nam w która stronę musimy się kierować. Zaproponowaliśmy chłopcu dołączenie do naszego plemienia. Zostawiliśmy go w karczmie nieopodal Aurin i popędziliśmy nasze konie dalej.




23 Narodziny Słońca, popołudnie
Minęło sporo dni zanim dojechaliśmy do osady „dzikich”. Spróbowaliśmy po prostu wjechać do ich wioski i porozmawiać z kimkolwiek ale spotkał nas grad strzał i okrzyki które raczej nie brzmiały pokojowo. Uciekliśmy stamtąd szybko i długie godziny rozmawialiśmy o tym co należy zrobić  Działamy cicho i bezszelestnie. Ogłuszamy czujki i więzimy w jaskini gdzie rozbiliśmy obóz. To plemię jest naprawdę liczne ale jestem głęboko zdziwiony ze tak pozwalają się podejść. Chcieliśmy dać im do zrozumienia ze nie są niepokonani. Czy życie 24 ludzi skłoni go do rozmów?

1 Zieleń.
Już prawie miesiąc  trwa nasza misja. Dziś po lesie chodził  posłaniec od dzikiego Króla, go też uwięziliśmy. Król chce się z nami widzieć w centrum wioski. Oczywiście wiemy ze to zasadzka i będzie chciał nas pojmać wiec przygotowujemy się na taka ewentualność.


Zaproponowałem zabicie więźniów, Możemy kłamać ze oni żyją może w ten sposób wynegocjujemy uwolnienie Avatara. Jeżeli nie i tak poniesie straty. Gronmar zgodził się na ten plan.


3 Zieleń.
Udało się nam! Uratowaliśmy Namayashi!. To było okropne ale udało się. Spotkaliśmy się z Królem na dachu jednego z domów, Avatar Namayashi spoczywał jakby zatrzymany w czasie w środku dziwnego symbolu. Król przywitał nas tak jak nakazuje tradycja. Fajka z halucynogennym tytoniem i świętą woda która tutaj była mętna i śmierdząca. W chwili w której podawał misę Gronmarowi  był pewny ze przyjmiemy w pokoju ten darr, tak jak należy, jak nakazuje tradycja  lecz się mylił. Gronmar wbił mu sztylet prosto w serce. Od razu wiedziałem co mam robić i  ruszyłem do Namayashi. Wylewając bukłak świętej wody na znaki które trzymały Ją w zamknięciu. Wódz zażarcie walczył jak prawdziwy wilk skacząc do gardła każdemu kto próbował wedrzeć się na dach. Namayashi poderwała się do lotu i zawisła w powietrzu kilkadziesiąt łokci nad nami. Widząc to każdy zaprzestał walk i patrzał na jej oblicze. Tylko Gronmar wciąż czujny spoglądał na wrogów. Matka wskazała im nowego Króla i tym samym przestrzegła go ze ześle na nich susze i nieurodzaj  jeśli będą chcieli raz jeszcze porwać Boginie albo skrzywdzić inne plemię. Do tego musieli uwolnić i przyjąć do swojego plemienia wszystkich więźniów i ocalałych z innych zaatakowanych plemion.

Z pełną gracja wylądowała na dachu nieopodal mnie i Gronmara. Nie wiem co czuł Gronmar ale myślę ze jak ja był pełen dumy i radości ze to właśnie my uwolniliśmy Boginie. Jak Matka dziękująca swoim dzieciom tak Ona podziękowała nam za odwagę i poświecenie. Przestrzegła nas byśmy nie zbaczali z drogi która podążamy a obrali nasi przodkowie wiele lat wcześniej. Wracamy...
« Ostatnia zmiana: 2011 05 14, 14:42:12 wysłana przez Senoth »