Nie bawie sie w zadne kursywy itp itd;] Milego czytania

Był zimny pochmurny dzień, deszcz padał niemiłosiernie każda ulica w Cove była pełna wody. W niskiej ciemnej karczemnej izbie zasiadała grupa wojowników głośno dyskutująca w ostro brzmiącym języku. Salę wypełniał przyjemny zapach palonego w piecu igliwia, lecz czuły nos mógł wyczuć znacznie więcej... Męski pot, piwo, szczyny, pieczoną świnię, rzygowiny... Oraz zapach świeżo przelanej, ludzkiej krwi. Przez uchylone drzwi wejściowe do karczmy wkroczył wysoki ale szczupły mężczyzna o zielonych splecionych w warkocz włosach, delikatne rysy twarzy… na prawym policzku dwie równolegle blizny. Oczy koloru brązowego. Ubrany w zielony skórzany uniform. Na ramionach zielony płaszcz z niedźwiedzia a na szyi kilkadziesiąt rzemieni z ozdobami, na ręce naciągnięte zielone rękawice aż do łokci. Spodnie koloru ciemnozielonego przepasane grubym pasem, a do tego sakiewka. Buty skórzane, zielone wysokie za kostki. Na plecach tarcza a przy pasie młot. Podszedł do baru i zamówił najdroższe wino. Wszyscy spoglądali na niego i szeptali cos miedzy sobą że to ten z tego plemienia z Dziczy. Karczmarz trochę zdziwiony… no ale podał i zaczął dalej polerować kufle. Co chwile patrząc na nieznajomego. Wiedział ze na niego spatrzy i powiedział.
Potrzebuje informacji – zimny drażniący wzrok mężczyzny przeszył karczmarza na wylot.
Nie ma nic za darmo – wycedził karczmarz poczym podał kielich wina nieznajomemu.
To się rozumie – Dzikus przesunął sakiewkę w stronę karczmarza i upił trochę wina poczym dodał. Nie mam zbytnio czasu, zadaje pytanie i oczekuje szybkiej odpowiedzi, bo naprawdę się spieszę.
Karczmarz schował do kieszeni sakwę i nachylił się ku mężczyźnie.
Chandalen przybliżył się jeszcze trochę, rozejrzał się po karczmie i poprawił rzemyk z drewnianym gwizdkiem..
Kobieta, Niziołek, śliczna, krótkie rude włosy... bez butów. Jest albo była tutaj? – Mówiąc cicho robiąc przerwę po każdym słowie upijając z kielicha wino.
Właściciel karczmy zamyślił się chwile.
Była tu napoił lamę i ruszył z rana jakieś pół dnia temu – drżącym głosem patrząc w oczy nieznajomego wycedził cicho.
Cholera – uderzając pięścią w ladę mężczyzna zwrócił na siebie uwagę pozostałych, – na co się patrzycie? Cholerne szczyny tutaj podają… - rozejrzał się bacznie po ludziach z ironicznym uśmiechem na twarzy. Dobra dzięki, czas na mnie – mężczyzna wstał, spojrzał jeszcze raz na wszystkich i wyszedł…
Było pochmurno wiec Chandalen naciągnął kaptur na głowę, kierował się prosto do stajni po swojego ostarda gdy na północnym niebie zauważył dziwna łunę. Niebo miało kolor pomarańczowy. Jakby dzień dopiero wstawał. Dzikus szybkim krokiem wszedł na teren stajni, rzucił młodemu stajennemu kilka złotych monet i wskoczył na swojego ostarda poczym przylegał do niego. Ostard wydal dziwny gardłowy dźwięk i ruszył, od razu przechodząc do galopu. Mężczyznę było słychać z dużej odległości wiec wszyscy na placu targowym zaczęli się odsuwać widząc jak nadjeżdża. Łowca kierował się od razu do głównej bramy. Nie wiadomo dlaczego Bhern – strażnik spróbował zatrzymać jeźdźca który bez wahania przeskoczył nad wysunięta dzidą strażnika i nie zatrzymując ostarda ruszył dalej. Pędząc na złamanie karku przez las mijając bagna mężczyzna kierował się do swojej plemiennej wioski. Wioska chroniona z trzech stron woda miała tylko jedno wejście. Przez las który jest niegościnny i pełen niebezpieczeństw. Takie pędzenie przez las, prawie na oślep dla niedoświadczonego podróżnika było by jak podroż prosto w ramiona śmierci ale nie dla Chandalena i jego współbraci. Przyzwyczajeni do Dziczy w tych lasach czuli się prawie jak w domu który ich pradziadkowie musieli opuścić. Przejeżdżając przez las ostard Łowcy zwolnił widząc ze drzewa zaczynają się przerzedzać. To znak ze wkraczają na tereny wioski. Dzikus rozejrzał się dokoła nie zauważając żadnego ze swoich współbraci na warcie zmarszczył czoło poczym spojrzał w gore. Drzewa były oplecione jarzącą się pomarańczową liana.
Ostard Chandalena stanął dęba wjeżdżając na polanę. Mężczyzna zeskoczył z wierzchowca i ruszył przed siebie poprawiając uniform i bron. Widząc domy swych współbraci i sióstr uśmiechnął się od ucha do ucha. Szedł przez wioskę za dziwna liana. Liana biegła przez cala wioskę aż do Domu Przodków. Chandalen szybkim krokiem wszedł na plac w którym znajdował się ów dom. Liany zbiegały się w jednym miejscu. Była to przedziwna istota. Pomarańczowo-złota. Bil od niej blask i przyjemne ciepło. Mężczyzna zauważył swoich współbraci stających dookoła istoty. Stali tak z otwartymi ustami. Jedni przyciskając ręce do piersi a inni klęczący na kolanach.
O! Chandalen – z niewielkiego tłumu wyskoczyła niska postać. To była Lindi rudowłosa kobieta bez butów. Podbiegła szybko i rzuciła mu się w ramiona – Jak ja Cię dawno nie widziałam! – Niziolek ucałowała Łowcę w policzek. Namayashi się nam ukazała – wskazała gorejącą istotę – Chodz! – pociągnęła go za ramie.
Witaj me dziecię – Słowa pojawiały się z nikąd. Istota nie miała ust a jednak słychać było co mówi. Chandalen uśmiechnął się delikatnie i pokłonił się nisko.
Cos się stało? Zmartwiliśmy Cię czymś? Nie postępujemy wedle twojej woli? – Mężczyzna powoli i dokładnie wymawiał każde słowo. Istota zaczęła dziwnie się kołysać poczym znikła. Wszyscy rozejrzeli się dookoła. Nagle ze strony wody nadleciał wielki orzeł, przysiadł na dachu Domu Przodków. Miał pewno z piętnaście stop wysokości pokryty był piórami o pomarańczowej barwie.
Ja jestem życiem! I ja daje życie. Ja jestem wszystkim co was otacza – Słowa znów zaczęły się pojawiać w głowach zebranych. Będziecie czcić mnie i moja siostrę Xis Maur. – Orzeł wzleciał w powietrze i zniknął za horyzontem. Za Domu Przodków wyszedł Wielki Biały Jeleń.
Czcić mnie będziecie w dwóch postaciach. I nikt z was więcej nie otrzyma totemu Orla i Jelenia. Czekajcie na mą siostrę. – W jednej chwili niebo poczerniało. Chmury zrobiły się czarne. Wiatr ustal. Jeleń zniknął. Gdzieś daleko w lesie słychać było wilcze wycie. Skowyt zbliżał się jakby sama śmierć przychodziła. W czerni dni z dachu Domu Przodków zeskoczyła czarna jak noc pantera. Oczy miała zielone, świecące. Kły białe jak śnieg a futro czarne. Jakby wysysało cale światło z otaczającego je świata.
Ja jestem Xil Maur. Czcić będziecie mnie pod postacią pantery i nikt już nie będzie godzien nosić mego totemu. – Pantera przeszła przez tłum i stanęła za Domem Przodków. Wszyscy zebrani ruszyli powoli za nią.
Oto dar. Od nas dla was żebyście pamiętali... – Pantera uderzyła łapa w ziemie. Ziemia zadrżała, pojawiła się nie wielka szczelina i kilka kamieni. Trysnęła krystalicznie czysta woda. – Dbajcie oto, to źródło waszego życia. Jeśli ono wyschnie. To Wy tez. – Pantera wskoczyła na pobliski budynek i znikła. Znów nastał dzień.
To było niesamowite. – odezwał się ktoś z tłumu. O tak – odezwał się następny. Chandalen wszedł do Domu Przodków i wyciągnął dłuto i niewielki drewniany młotek. Podszedł do kamieni przy źródełku.
Źródło Życia Ashey’ów.