Otworzyłem oczy... przed sobą ujrzałem mroczną czerń... żadnego promienia słońca, jedynie małe tlące się palenisko, które zamiast oświetlić teren, puszczało kłębki dymu... Przetarłem oczy, usłyszałem jakieś stukoty, jęki... Siedziałem tak przez chwilę wsłuchując się w odgłosy, czekałem aż mój słaby wzrok przyzwyczai się do ciemności. Raptem na swym ramieniu poczułem czyjąś dłoń...
-Do roboty! - krzyknął mały zapyziały drow... a nie jednak to brudny krasnolud trzymający wielgaśny kilof.
-Ale gdzie ja jestem, kim Ty jesteś, jaka robota!?
-No kopać! - krasnal cisnął kilofem w brzuch maga, po czym odszedł w mrok kopalni.
-Kurwa mać... co on sobie myśli! - zakląłem szpetnie.
Pstryknąłem dwoma palcami, przede mną pojawiły się dwa małe ogniki. Rozglądałem się po kopalni. Za sobą dostrzegłem małego niziołka stojącego na drabinie z wielkim wiadrem zaprawy. Podszedłem do niczego nie spodziewającej się istoty i krzyknąłem nad uchem.
-Ej Ty!
W tej chwili niezdarny niziołek spadł z drabiny rozlewając całą zaprawę na spodnie.
-Co do cholery! - jęknął
-To Ty mi powiedz co ja tu robię...
Niziołek mrużąc oczy spojrzał na mnie, trzymającego kilof.
-No jak widzę, jesteś kopaczem, do roboty! Król nie płaci nam za przerwy!
-Nie jestem żadnym kopaczem! Nie wiem jak się tu znalazłem, obudziłem się tam w kącie!
-No to pewnie sprawka Bogów... jak spałeś to Cie tu zaciągnęli... a smoki były? - zaśmiał się niziołek pociągając łyk piwa z bukłaka na jego plecach. - Jestem Willy Waters, specjalista od zapraw. - niziołek wyciągnął brudną dłoń w kierunku maga.
-Droghey z rodu Gloow – uścisnąłem malutką kończynę – a więc to królewska kopalnia?
-Tak, król zlecił nam kopanie tunelu od stolicy do tego miejsca – niziołek wskazał palcem drabinę – będzie to wspaniała kopalnia... wszyscy zechcą w niej kopać!
-No to jak król nakazał... lecz ja nie umiem kopać... mam za słabe ręce. - rzekłem lekko zaczerwieniony.
-A czym się parasz? - zapytał niziołek zatykając jakieś dziury zaprawą.
-No jam czarodziej! Specjalista od spraw ognia, uczeń Mistrza Albtera.
Niziołek pokiwał głową robiąc dziwną minę coś jak siedząca kura na grzędzie.
-Ja na magy to się nie znam... idź dalej tam jest kilku kopaczy, jakoś Ci doradzą...
Ruszyłem, dwa ogniki usiadły mi na ramieniu oświetlając drogę. W jednym malutkim tunelu ujrzałem jędrne pośladki, długie nogi i jasne kędzierzawe włosy...
-Mrrrrr...- mruknąłem pod nosem.
Wolnym krokiem szedłem w stronę owej jak to myślałem kobiety... uszczypnąłem długimi paznokciami za dupsko.
-Ty chuju!
Padłem... chyba dostałem kilofem po ryju. Nastała ciemność, myślałem o swojej rodzinie, przyjaciołach, kochankach... film zatrzymał się na obrazie mężczyzny* który na głowie miał wielkie rudoczerwone afro z rogami, który mówił do mnie „robol.. robol...” po chwili owa zjawa zrobiła z ust dziobka i zbliżał się do mnie coraz bliżej... gdy usta były już milimetry od moich obudziłem się z krzykiem. Nade mną zobaczyłem te piękne kędzierzawe włosy, lecz to nie była kobieta. Wielki włochaty typ, śmierdzący potem... tak to Dragiss, członek gildii Let.
-Pojebało Cie Drog? - zaklął Dragiss trzymający zakrwawiony bandaż.
-Ah, byłeś taki piękny... - powiedziałem lekko wystraszony, pociągnąłem nosem... poczułem smak krwi. - mam nadzieję, że ten nos to mi opatrzysz...
Wprawiony już w leczeniu wojownik opatrzył ranę, pogadaliśmy chwilkę, Dragiss wrócił do wyciągania gruzu. Ruszyłem dalej do wspomnianych przez niziołka kopaczy. Po kilkunastu metrach zobaczyłem ich... leżeli na ziemi z beczką wina
-Do roboty! - krzyknąłem.
-Robotnicy zobaczywszy mnie zerwali się i zaczęli kopać jakby nigdy nic...
-A pan pan to co? - zająkiwał się jeden z nich.
-No ja przyszedłem was spytać jak mogę pomóc... słyszałem, że jesteście wykwalifikowanymi kopaczami.
-Tak tak... nie ma lepszych od nas... - powiedzieli wspólnie.
-No to jak, przydam się? - zapytałem.
Spojrzeli na mnie, to na moje ogniki na ramieniu...
-Maaag...
Pokiwałem głową.
-Stwórz z tej ziemi żywiołaki, niech kopią!
-Kal Was Klem Ylem Sam – zacząłem machać rękoma na wszystkie strony, żeby zrobić jeszcze większy show... ogniki latały, iskrzyły mi się dłonie, głęby dymu wydobywały mi się z ust...
Kopacze otworzyli szerzej oczy i usta... byli cholernie wystraszeni, odeszli kilka kroków pod ścianę. Przed nimi z ziemi zaczęły wyrastać dwa potężne żywiołaki... Po chwili czekały na moje rozkazy.
-Do roboty! - krzyknąłem głośno pokazując palcem na skały za robotnikami.
Żywiołaki ruszyły w stronę ludzi.
-Aaaaa! - uciekli na drugą stronę ustępując miejsca potworom.
Zarechotałem pod nosem, usiadłszy na ziemi patrzyłem na pracę...
* Rudus
Wczorajszy event był o kopalni i tak dalej, ale te sytuacje są całkowicie zmyślone, wczorajsze jak będę miał chwilę też opisze.
