Autor Wątek: Kopalnia w stolicy.  (Przeczytany 406 razy)

Offline Gucio

  • Gracze DM
  • Zarejestrowany
  • Wiadomości: 1443
Kopalnia w stolicy.
« dnia: 2010 08 20, 16:42:13 »
Otworzyłem oczy... przed sobą ujrzałem mroczną czerń... żadnego promienia słońca, jedynie małe tlące się palenisko, które zamiast oświetlić teren, puszczało kłębki dymu... Przetarłem oczy, usłyszałem jakieś stukoty, jęki... Siedziałem tak przez chwilę wsłuchując się w odgłosy, czekałem aż mój słaby wzrok przyzwyczai się do ciemności. Raptem na swym ramieniu poczułem czyjąś dłoń...
-Do roboty! - krzyknął mały zapyziały drow... a nie jednak to brudny krasnolud trzymający wielgaśny kilof.
-Ale gdzie ja jestem, kim Ty jesteś, jaka robota!?
-No kopać! - krasnal cisnął kilofem w brzuch maga, po czym odszedł w mrok kopalni.
-Kurwa mać... co on sobie myśli! - zakląłem szpetnie.
Pstryknąłem dwoma palcami, przede mną pojawiły się dwa małe ogniki. Rozglądałem się po kopalni. Za sobą dostrzegłem małego niziołka stojącego na drabinie z wielkim wiadrem zaprawy. Podszedłem do niczego nie spodziewającej się istoty i krzyknąłem nad uchem.
-Ej Ty!
W tej chwili niezdarny niziołek spadł z drabiny rozlewając całą zaprawę na spodnie.
-Co do cholery! - jęknął
-To Ty mi powiedz co ja tu robię...
Niziołek mrużąc oczy spojrzał na mnie, trzymającego kilof.
-No jak widzę, jesteś kopaczem, do roboty! Król nie płaci nam za przerwy!
-Nie jestem żadnym kopaczem! Nie wiem jak się tu znalazłem, obudziłem się tam w kącie!
-No to pewnie sprawka Bogów... jak spałeś to Cie tu zaciągnęli... a smoki były? - zaśmiał się niziołek pociągając łyk piwa z bukłaka na jego plecach. - Jestem Willy Waters, specjalista od zapraw. - niziołek wyciągnął brudną dłoń w kierunku maga.
-Droghey z rodu Gloow – uścisnąłem malutką kończynę – a więc to królewska kopalnia?
-Tak, król zlecił nam kopanie tunelu od stolicy do tego miejsca – niziołek wskazał palcem drabinę – będzie to wspaniała kopalnia... wszyscy zechcą w niej kopać!
-No to jak król nakazał... lecz ja nie umiem kopać... mam za słabe ręce. - rzekłem lekko zaczerwieniony.
-A czym się parasz? - zapytał niziołek zatykając jakieś dziury zaprawą.
-No jam czarodziej! Specjalista od spraw ognia, uczeń Mistrza Albtera.
Niziołek pokiwał głową robiąc dziwną minę coś jak siedząca kura na grzędzie.
-Ja na magy to się nie znam... idź dalej tam jest kilku kopaczy, jakoś Ci doradzą...
Ruszyłem, dwa ogniki usiadły mi na ramieniu oświetlając drogę. W jednym malutkim tunelu ujrzałem jędrne pośladki, długie nogi i jasne kędzierzawe włosy...
-Mrrrrr...- mruknąłem pod nosem.
Wolnym krokiem szedłem w stronę owej jak to myślałem kobiety... uszczypnąłem długimi paznokciami za dupsko.
-Ty chuju!
Padłem... chyba dostałem kilofem po ryju. Nastała ciemność, myślałem o swojej rodzinie, przyjaciołach, kochankach... film zatrzymał się na obrazie mężczyzny* który na głowie miał wielkie rudoczerwone afro z rogami, który mówił do mnie „robol.. robol...” po chwili owa zjawa zrobiła z ust dziobka i zbliżał się do mnie coraz bliżej... gdy usta były już milimetry od moich obudziłem się z krzykiem. Nade mną zobaczyłem te piękne kędzierzawe włosy, lecz to nie była kobieta. Wielki włochaty typ, śmierdzący potem... tak to Dragiss, członek gildii Let.
-Pojebało Cie Drog? - zaklął Dragiss trzymający zakrwawiony bandaż.
-Ah, byłeś taki piękny... - powiedziałem lekko wystraszony, pociągnąłem nosem... poczułem smak krwi. - mam nadzieję, że ten nos to mi opatrzysz...
Wprawiony już w leczeniu wojownik opatrzył ranę, pogadaliśmy chwilkę, Dragiss wrócił do wyciągania gruzu. Ruszyłem dalej do wspomnianych przez niziołka kopaczy. Po kilkunastu metrach zobaczyłem ich... leżeli na ziemi z beczką wina
-Do roboty! - krzyknąłem.
-Robotnicy zobaczywszy mnie zerwali się i zaczęli kopać jakby nigdy nic...
-A pan pan to co? - zająkiwał się jeden z nich.
-No ja przyszedłem was spytać jak mogę pomóc... słyszałem, że jesteście wykwalifikowanymi kopaczami.
-Tak tak... nie ma lepszych od nas... - powiedzieli wspólnie.
-No to jak, przydam się? - zapytałem.
Spojrzeli na mnie, to na moje ogniki na ramieniu...
-Maaag...
Pokiwałem głową.
-Stwórz z tej ziemi żywiołaki, niech kopią!
-Kal Was Klem Ylem Sam – zacząłem machać rękoma na wszystkie strony, żeby zrobić jeszcze większy show... ogniki latały, iskrzyły mi się dłonie, głęby dymu wydobywały mi się z ust...
Kopacze otworzyli szerzej oczy i usta... byli cholernie wystraszeni, odeszli kilka kroków pod ścianę. Przed nimi z ziemi zaczęły wyrastać dwa potężne żywiołaki... Po chwili czekały na moje rozkazy.
-Do roboty! - krzyknąłem głośno pokazując palcem na skały za robotnikami.
Żywiołaki ruszyły w stronę ludzi.
-Aaaaa! - uciekli na drugą stronę ustępując miejsca potworom.
Zarechotałem pod nosem, usiadłszy na ziemi patrzyłem na pracę...


* Rudus


Wczorajszy event był o kopalni i tak dalej, ale te sytuacje są całkowicie zmyślone, wczorajsze jak będę miał chwilę też opisze. ;)

 

Offline Maelui

  • Zarejestrowany
  • Wiadomości: 863
  • Vampirella
    • Forum Vamiprica
Odp: Kopalnia w stolicy.
« Odpowiedź #1 dnia: 2010 08 21, 01:28:19 »
To była pełna konspira! Czar incognito, inny kolor włosów nawet wierzchowiec sie inaczej nazywał. Nikt nie miał prawa jej poznać.
Zakamuflowana jak słoik ogórków babci wampirzyca cichcem przekradła sie do yew.
-No dalej no szybciej...juuz!...no zesz cholera jasna! Pospiesz sie Gloow!- syczała do siebie rzucajac podenerwowanym spojrzeniem dookoła.
Nikt mnie nie poznał? Ta mysl kołatala jej sie w głowie od kilkunastu minut calkowiecie burzac wizerunek spokojnej i nie rzucajacej sie w oczy kucharki.
Wtem pod jej stopami ziemia zadrgała, z odmentów dziurawej jak ser drogi głownej Yew wyłonil sie portal.
-No nareszcie!- warknęla wampirzyca-kucharka i weszła w teleport.

Wyrzuciło ją oczywiscie na jakimś zadupiu, jak zwykle w towarzystwie parszywego typa przy obskórnej chacie.
Droghey powitał wampirzyce mianujac ja swoim kochaniem za co na wstepie dostał wizanką bluzgów.
-Jak ty wygladasz Drog?- skrzywiła sie wampirzyca- wali od ciebie jakbys parobem jakims byl w minockiej kopalni. Weź sie umyj bo nie podejde na krok nawet.
-Co ja ci poradze żabko? w kopalni robie! Jestem dumnym rycerzem lorda Brittisha! Razem z reszta rycerstwa kopiemy fundamenty nowego świata.
-Kopalnie w Britt?- spytala uzywajac swego najbardziej szyderczego usmiechu.
-Taa...zmusili mnie. Poczekaj chwilke.-Mag wyjął z plecaka dzwabn wody i wylał na siebie rozmazujac pył,kurz, błoto i bogowie wiedza co jeszcze po ciele.Wampirzyca skrzywila sie nieco w myślach karcąc za to...Lepiej było wczesniej.
Na szczescie mag dysponował druga porcja zimnej wody ktora zmyła całe to powstałe błocko z jego ciała.
Wampirzyca zeskoczyla z Kucyka i podeszłą do Drogheya. Rozejrzała sie pełnym czujnosci wzrokiem i podała mu worek.
Mag otworzył worek zrobił oczy wielkie niczym spodki i zajaknał sie.
-Ja...za zaraz wracam...przyniose ci czek.
-Byle szybko nie bede tu stac jak dziwadło!- Nim skonczyla to zdanie mag juz zniknął.
Po chwili, dłuższej oczywiscie bo jakby inaczej pojawił sie spowrotem machajac jak glupi złotym swistkiem papieru.
Wampirzyca pochwyciła swistek i ukryła w staniku. Spostrzegła maślany wzrok mago-kopacza.
-No co? tutaj nikt szukac nie bedzie.-Wyjasniła poprawiajac biust
-Ooj...to  jest pierwsze miejsce gdzie siegnie jakikolwiek mezczyzna ktory cie zdybie w lesie.
-To mu łapy poprzetrącam a z genitaliów zrobie  wisiorek...
-OOOsstra lubie takie. Znikam trzymaj sie żabko!-Puuufff! i Poleciał
-z kim ja sie zadaje.... Daywadosie widzisz a nie grzmisz! Amalda Cahir Loa!- pufff! i poleciała.





Nie pytajcie :D:D:D