Nie wiedzial, dlaczego czul sie tak parszywie. Moglby przysiac, ze spowodowane to bylo parszywym porankiem - u jego boku nie bylo pulchnej brunetki o cielecych oczach, a umysl nie byl otepiony tanim trunkiem marki Byczek (tworzony z prawdziwych malin przez cudotworcow bimbrowniczych Cove). Rzecz w tym, ze od rana towarzyszylo mu cos jakby stan przedzawalowy, przy kazdym kroku sciegna i kosci graly kankana, a starzec tak bardzo bal sie schylic, ze wszystko, co wymagalo pracy przy podstawie, robil stopami. Dwoistosc jego natury nie przeszkadzala mu w odbiorze swiata rzeczywistego - wrecz przeciwnie, ten hipnagogiczny stan zdwajal jego percepcje, bowiem kazdy przedmiot rozpatrywal z conajmniej dwoch roznych punktow widzenia.
Powiedziec, ze starzec mial rozdwojenie jazni to troche nieodpowiednie okreslenie jego schorzenia. On sam, jak i wiekszosc zyjacych na swiecie medykow, jednoglosnie zgadzala sie, ze jest oszalaly, ale to zupelnie z innego powodu (nadmienmy niekontrolowane defekacje, czy ssanie kciuka). Druga jazn bowiem nie szczyci sie swoja wlasna, autonomiczna przeszloscia, nie wprowadza tez do umyslu 'nosiciela' wspomnien, ktory mialy miejsce, ale ktorego ow 'nosiciel' nie byl swiadkiem. Sam starzec tez uwazal, ze wczesniej nigdy nawet w polowie nie posiadal tak rozwinietego umyslu erudyty.
Jakkolwiek, dominacja zjawisk powtarzalnosci pozwala mu prowadzic dosc swobodne zycie czlowieka, udajacego, ze jest normalnym.
Jednak pewne manifestacje przeszkadzaly mu uzyskac pelen status quo swojego umyslu. Wezmy na ten przyklad sytuacje z dlonmi, nasladujacymi dwie marionetki. Zawsze 'aktywowaly' sie, kiedy slyszal glos G. gdzies z tylu wlasnej glowy. Rece przybieraly formy tub akustycznych, drgajac, kiedy jedna osoba mowila do drugiej. I tak potrafili zrec sie caly dzien - droga lewej reki i droga prawej reki.
Aktualnie prowadzily spor o to, czy Sonatina Covianska wchodzila w sklad Opery 'Praktyczna Pani'.
Ktos odchrzaknal.
Starzec zauwazyl, ze kilka par oczu sonduje jego dziwaczne zachowanie. Jak to mial w zwyczaju, wykonal kilka artystycznych gestow, swiadczacych o tym, ze skonczyl swoj wystep, a cala ta orkiestra przedziwnych glosow, warkniec i lamanych pod nosem przeklenstw to tylko dlugotrwala gra na nerwach sluchajacych. Starzec w wyluzowanym gescie mlodziezowym rozlozyl sie na lawce, rzucil kilka zupelnie idiotycznych wyrazen w nomenklaturze, badz co badz, mlodziezowej, zawierajacej w sobie wlasnie slowa typu pachta, salmcuch czy syga i pociagnal temat.
Debatowali o ciaglosci swojego gatunku i wszystkich waznych sprawach, na ktore odpowiedzi mozna znalezc w nowych czasopismach tworzonych przez kolka gospodyn domowych w Minoc, czy Vesper. Albo odpowiednio wyksztalcony w falszu haruspik.
-Starcze, czy Ty w ogole sluchasz to, co inni do Ciebie mowia? - odezwal sie wreszcie ktos ze sluchajacych biadolen starca mezczyzn.
-Nie, jestem tylko soba zachwycony. - jak najpowazniej odparl starzec.
-A co byloby, gdyby na wyspie pojawilo sie inne stado? Stado, ktore za priorytet mialoby rzadze krwi i zabijanie? Jednostki, ktore w oczach maja tylko krew, a brutalizm jest ich powszednim zwyczajem, norma, forma w ktorej sa zatopieni?
-Nonsens, nie ma innego stada. I wtedy ja ja lapie za te ogromne bufety i... - mezczyzna podszedl do starca. Byl wysoki, dosc dobrze zbudowany, twarz zarosnieta mial w zaniedbany sposob, a ubrany byl w ubrania cuchnace malinami z lekka doza ekskrementow.
-A jezeli juz tutaj sa? - mezczyzna kontynuowal.
Starzec na moment sie zawachal. W jego oku blysnela iskierka, a lewa dlon poczela trzasc sie delikatnie, jak struna w ruch poczeta przez delikatne uderzenia palca. Nadawala cos o niebezpieczenstwie i koniecznosci powrotu do swojej malej nory, gdzie zapas jogurtow i ryzu pozwoilby mu przetrwac kolejne kilka tygodni bez wychodzenia na swiatlo dzienne.