Dwa dni później, Rufus ciągle rozmyślając o ostatnich przygodach, ponownie wyruszył na połowy na wodach Ocllo. Opowiedział wszystko kapitanowi łodzi, a ten jak zwykle nie dowierzał w nic co mówił niziołek, i zachlał się spirytusem. Rufus łowiąc ryby opracowywał plan, jak dostać się na wyspę śniegu i jak sprawić by wszystko poszło jak z płatka. Chciał jak najszybciej odkryć to, o czym opowiadał dziadek, i wreszcie dopełnić swojego przeznaczenia. W pewnej chwili do nozdrzy Rufusa doleciał niezwykły jak na te strony zapach. Był to zapach mroźnego, wilgotnego powietrza, nie pochodzącego na pewno znad wód Ocllo. Domyślił się szybko, ze to woń powietrza z lodowej wyspy, na której ponoć znajduje się grób jego dziadka. Wciągnął głęboko powietrze i krzyknął przed siebie:
- Tak! To dzisiaj jest ten dzionek, kiedy to dokonce zadanie od Dziadunia! Kapitanie! Wracamy do portu!
Rufus czem prędzej z portu udał się do miejskiego gołębnika, skąd rozesłał wiadomości do swoich kompanów z poprzedniej wyprawy. Jednakże okazało się, ze tylko Bor Brethill nie spał, i kuł w Cove.
„Jedna walcaca osoba to za mało, cholibka…” – pomyślał niziołek - „Muse znalesc nowa drusyne!”.
Z gołębnika przybył do banku, gdzie przy stole siedział mag w zielonej szacie, i skrobał namiętnie magiczne zwoje.
- Witam! Panocku! Cy Panocek mose nie byłby chętny na podros na lodowa wysepke? Posukuje grobu swojego Dziadunia i potseba mi mocnych pomocnych racek!
Mag obrócił się na krześle, spojrzał spod kaptura na niziołka, i odparł:
- Jeśli pomoc, to trafiłeś bardzo dobrze mały! A jeśli do tego jakieś wojowanie, to już w ogóle!
- No swietnie swietnie, ale Cy Panocek mose mialby jakichs znajomkow do pomocy? Smai to pewno sobie nie poradzimy *westchnął*
- Nie bój się, już ja zaraz kogoś przyzwę i udamy się tam gdzie Cię niesie.
- Sudownie! Mose od lasu siem psedstawie, seby było wiadomo kto zawraca glowe *zachichotal*. Rufus Zaklinac jestem panocku! Miło mi!
- *skinął głową* Ja jestem Velsharon, miło Cię poznać. A teraz chodźmy.
Niziolek wraz z człowiekiem opuścili bank. Zaraz za jego drzwiami mag przystanął, wsunął rękę do małego woreczka uczepionego do pasa, wyciągnął z niego jakieś składniki, rozgniótł, i wypowiadając dziwnie brzmiące słowa rzucił przed siebie. W miejscu gdzie pył opadł, z ziemi wyłaniać się zaczęła wyrwa czasoprzestrzenna, o niezwykłym zielonym zabarwieniu. Po chwili z wyrwy tej wyłoniły się trzy postaci – znany już Rufusowi Bor Brethill, który okazał się również znajomym Velsharon’a, pewien emanujący potężną mocą wojownik, który po zapoznaniu się z Niziołkiem przedstawił się jako Cinow, oraz pierwszy raz w życiu widziana przez Rufusa postać, niska równie jak on, tylko cała zielona, i z dziwnymi patrzałkami na oczach – gnom Malkolm Bystronosy. Bo skompletowaniu nowej drużyny, Rufus opisał wszystkim całą sytuację, jaka miała miejsce dwa dni wczesniej, oraz to, co trzeba zrobić tym razem. Wszyscy podekscytowani chórem podjęli decyzję o jak najszybszym rozpoczęci wyprawy.
Velsharon przeniósł się mocami magicznymi na ląd znajdujący się najbliżej lodowej wyspy, skąd przywołał do siebie resztę drużyny. Stamtąd udali się łodzią na lodową wyspę.
Po opuszczeniu statku, śnieg okazał się tak głęboki, że niemożliwym okazało się poruszanie na wierzchowcach – z każdym krokiem cienkie końskie czy lamowe kopyta zapadały się w zaspach. Jedynie Bor Brethill, który ujeżdżał polarnego misia dał radę podróżować na nim dalej.
W pewnej chwili, nosa każdego z ekipy dobiegł niezwykle mroźny i wręcz pachnący śniegiem zapach, lecący z północy wyspy.
- To na pewno tam! Tam musimy isc! – wykrzyczał Rufus.
Bor idąc na przedzie, i ugniatając przed sobą śnieg, prowadził całą resztę na północ wyspy. Po prawie godzinnej wędrówce, Rufus z kompanami dotarli do docelowego miejsca…
Stanęli przed jaskinią, znajdującą się na samym północnym końcu wyspy. Pozostawili przed nią wierzchowce i wstąpili o jej środka. Tam, Rufus ujrzał to czego szukał, i padł na kolana.
- Dziadku! Twój grób! To tutaj znalasłem Twój grób! Tak! Udało mi się!
Nagle, kilka stóp od nagrobka, w rogu jaskini zaczęła się kumulować… ciemność. Ciemność ta zaczęła obierać coraz to wyraźniejsze kształty, aż w końcu wszystkim ukazała się potężnie wyglądająca, podobna do swoistego rodzaju demona postać. Piekielnym charczącym głosem, dudniącym każdemu w uszach oznajmiła:
- CI, KTÓRZY TU PRZYBYLI, NIE WYJDĄ STĄD! PRZEKRACZAJĄC WEJŚCIE DO MEJ JASKINI, PODPISALIŚCIE NA SIEBIE WYROK! JAM JEST STRAŻNIK DUSZ, ŻYWIĄCY SIĘ TAKIMI MARNYMI DUSZYCZKAMI JAK WASZE! POKŁOŃCIE MI SIĘ, A NASTĘPNIE POŻEGNAJCIE Z ŻYCIEM!
- Co??!! Nie!! Stop!! Zalaz!! Nie!! Tak być nie mose! STOP! Psysedlem tu, by odnaleźć grób Dziadka Alberta! By spełnic swoje psesnacenie! Nikt, nawet ktosik taki jak ty, mi nie pseskodzi! Mam wsysko to, o cym mówił Dziadek! Nie psy byłem tu na marne!
- GŁUPCZE! SĄDZISZ ŻE JA, STRAŻNIK DUSZ, BĘDĘ SIĘ SŁUCHAŁ KOGOŚ TAKIEGO JA TY?! *upiorny śmiech* ALE DOBRZE, NIECH CI BĘDZIE! ZNAM TA DUSZE, KTÓRA NAZWAŁES ALBERTEM. UCIEKŁA MI, GDY CHCIAŁEM JA POŻREĆ, GDY MNIE ZAGADAŁA I POWIEDZIAŁEM, ŻE PRZEDMIOTY RASOWE DRUŻYNY MAJĄCEJ KIEDYKOLWIEK STYCZNOŚĆ ZE ZMARŁYM, MOGĄ WYKUPIĆ DUSZĘ Z MYCH RĄK! LECZ ON ICH NIE MIAŁ! I UCIEKL! I ZOSTAŁ NA ZAWSZE POTĘPIONY I WYGNANY OD SWOJEGO GROBU! ALE JA WIEM ŻE GO TU CIĄGNIE, I BĘDĘ NA NIEGO CZEKAŁ!
- *Aha!* A toc własnie i Dziadzius Cię wykiwał! O! Proszę! Oto przedmioty rasowe osób, które niedawno mialy stycnosc z Dziaduniem!
Rufus rzucił na ziemię przedmioty uzyskane z poprzedniej wyprawy.
- NIE MOŻLIWE! NIE MOŻLIWE ŻE MNIE TAK OSZUKAŁ! ŻE TEŻ DAŁEM SIĘ NABRAĆ! DOBRZE WIĘC, SĄ, PRZEDMIOTY. ALE BRAKUJE JESZCZE JEDNEGO… *demon wyszczerzył ostre i długie ociekające czarną mazią kły*
- Co jeszcze brakuje?? – zapytał Rufus, i szybko pożałował, że zapytał
- WASZEJ KRWI!!! HAHAHAHAHAHA!
Demon po wypowiedzeniu tych słów, rzucił się na drużynę, łamiąc kości wszystkim przez których przeszedł. Z życiem uszedł jedynie Velsharon, który zachował wystarczająco dużo zimnej krwi, by odratować sytuację.
- Niech to! – krzyknął wskakując na niedźwiedzia Bora – teraz trzeba to cholerstwo odciągnąć!! *Wrr*
Velsharon z demonem na plecach przebiegł prawię połowę wyspy. Gdy wreszcie zgubił demona, powrócił pod jaskinię, gdzie powskrzeszał poległych towarzyszy.
- Cholera jasna! Tak być nie może! Ja, Cinow, nie zgadzam się z tym, by jakiś obfajdany demon pluł nam w twarz! Kompani! Złączmy siły i pokonajmy to ustrojstwo!
- Moment moment… - przystopował go Velsharon – nie damy rady…
- Juk ni dumy juk dumy! Krusnolud zawsze du rudy!
- Spokojnie! Potrzebujemy pomocy jeszcze dwóch osób… Z nimi żaden demon nam nie podskoczy.
Mag wsadził rękę do woreczka u pasa, rozgniótł zioła, rzucił na śnieg i wypowiedział słowa zaklęcia. Po chwili ze śniegu wyłoniła się ponownie zielona wyrwa czasoprzestrzenna, a z niej wyszły dwie postaci – kobieta, i mężczyzna. Kobieta ubrana podobnie do Velsharona, w zieloną togę – Pani Synthia, jak później się Niziołkowi przedstawiła, oraz potężny wojownik – Roxon Brethill.
- Teraz możemy ruszać! *Velsharon zaśmiał się srogo*
Cała drużyna ruszyła w stronę, w którą poprowadził ją Velsharon. W stronę, gdzie pozostawił demona. Opracowawszy nowy świeży plan, z Roxonem na czele, ekipa zbliżyła się do demona i rozpoczęła się historyczna dla Rufusa walka na śmierć i życie. Rufus przerażony, jaką to moc demon posiadał, i ileż to mocy on sam jeszcze będzie potrzebować, by kiedykolwiek takiemu demonowi stawić czoła, przyglądał się tylko z tyłu.
- *Argh!* W mym orężu siła! Giń poczwaro! – wykrzykiwał Roxon.
W tym samym czasie gnom Malkolm grał pięknie na flecie, co rozpraszało demona, a reszcie drużyny dodawało sił. Velsharon i Synthia skupiali wszelkie moce na zasklepianiu draśnięć na ciele Roxona, a Bor Brethill tłukł demona od tyłu. Aż wreszcie:
- Tak! *Jupii!!* Udało się! Hurrra!! – krzyczał uradowany niziołek, zaraz po obaleniu potężnego strażnika dusz – Chodźmy! Chodźmy wszyscy do grobowca dziadka! Na pewno czary Strażnika ostały zdjęte!
Rufus i reszta podróżników pobiegli z powrotem do jaskini. Tam Rufus ponownie klęknął przed nagrobkiem, i usłyszał:
- Gratuluję młodzieńcze! Uratowałeś duszę swojego Dziadka od zgnicia w tej ektoplazmatycznej śmierdzącej powłoce w Wrong! Nareszcie wróciłem do swego ciała, a teraz będę mógł i udac dalej, do życia wiecznego!
- Dziadku! Kochany! Udało mi się! Czy to znaczy, że to koniec? Tak miało się wypełnić moje przeznaczenie?
- *rozległ się dudniący śmiech* Nie głupku, to dopiero początek! To dopiero sam początek maluchu! Idź, i zdobywaj kolejne wskazówki, stawaj się silniejszy, a kiedyś okiełznasz tego smoka, któremu ja nie podołałem…
Głos rozmył się i zniknął.
- Dziadku! Alberciku! Nie odchodź! – Rufusowi spłynęła łza po policzku.
W tej samej chwili, ziemia pod nagrobkiem zadrżała, i spod nagrobka wyłonił się kawałek drewna. Rufus zauważywszy go, złapał i próbował wyciągnąć, jednak tkwił głęboko w ziemi.
- Hej hej! Kochani! Plose pomoscie niziolkowi wyciągnąc to cus!
Kompani Rufusa złapali go w pasie, i pomagali ciagnąć. Aż nagle ziemia wypuściła kawałek drewna i wszyscy padli na ziemie. W rękach Rufusa pojawił się niezwyczajny kij, z zakręconym końcem, wyglądający jak kij pastucha. Był jakby żywy, Rufus, czuł w nim tętnienie. W bardzo wielu miejscach był osmalony i poprzypalany.
- Oho – powiedział Velharon – te ślady, wyglądają jak ślady typowo po ogniu smoka…
- Ah! Ogniu smoka! To pewno tej kijasek o którym Dziadzio mówił, że to nim okiełznać mi przyjdzie smoka! Sudownie! – uradował się niziołek – Drodzy cłonkowie mojej sudownej wyprawowej ekipy! Dziękuję wam serdecznie za wselką pomoc! Bez was nigdy bym sobie nie poradził! Dziękuję Wam ogromniaście! Mam nadzieję, że kiedy już odnajde nastepne wskazówki co do swojego psesnacenia, spotkamy się ponownie i znowu mi pomosecie! A terlas nie chce jus was dlusej psetsymywac tu, kasdy pewnie do cegos się spiesy. Dziekuje las jesce!
Wszyscy pożegnali się serdecznie, i również podziękowali Niziołkowi za wyprawę, po czym Velsharon otworzył dla wszystkich magiczne przejscie do miasta.
Tak zakończyła się ta przygoda, pierwsza poważna w życiu Rufusa. Pierwsza przygoda uderzająca w jego przeznaczenie. Czy Rufus podoła reszcie wskazówek, które czekają na niego w dalszym życiu? Czy podoła, by wypełnić przeznaczenie, które wraz z krwią Zaklinacza płynie w jego żyłach? O tym zadecydują najbliższe lata w życiu niziołka.
KONIEC
--------------------------------
Serdecznie Dziękuję za tego superowego questa ;] Bawiłem się prześwietnie

Dziękuję QMowi który to wszystko wymyślił, i który to wszystko tak świetnie przypasował do mojej historii i koncepcji postaci

Każdemu życzę takiego questa

Dziękuję również wszystkim, którzy mi pomagali ;] Jednak są w tym świecie DM jeszcze ludzie, dla których liczy się nie tylko pk, pvp czy kox :>
P.S. Przepraszam za wszystkie ewentualne błędy stylistyczne, ortograficzne itp. Jest to moje pierwsze tutaj opowiadanko, i proszę o wyrozumiałość ;] Przepraszam też za to, że takie długie mi to wyszło

Tak jakoś mi się rozpisało :>