Autor Wątek: Przeznaczenie Zaklinacza - czyli niziolek, smok i dużo strachu  (Przeczytany 390 razy)

Offline Havv0c

  • Gracze DM
  • Zarejestrowany
  • Wiadomości: 154
Był zwykły spokojny dzień. Nic nie wskazywało na to, by cokolwiek mogło zaburzyć idealną dla Rufusa okazję na połów dorodnych ryb z okolic Ocllo. Niziołek zajął swoje typowe na łodzi miejsce, z którego uważał że ryby biorą najlepiej. Wyciągnął ze skrzyni rozpadającą się już powoli wedkę, i zaczął zarzucać niczym rodzony rybak.

- Łuhuhu! Kapitanie ochlej mordo! Cy wsysko na horysoncie w posadecku?
Kapitan łodzi, znudzony już codziennymi połowami, którymi niziołek emocjonował się jak szczerbaty sucharami, podparty o własny łokieć odparł od niechcenia, rozwodząc się na temat horyzontu przeogromnie:
- Tak…
- No toć spaniale! Mosna łofić i nic mi nie pseskodzi co to bym ja tsy tony dorsa ułowił! *raduje się!*

Kapitan pokręcił tylko głową i odkorkował kolejną już butelczynę krasnoludzkiego spirytu.
Rufus zaaferowany połowami, a kapitan już prawie do nieprzytomności schlany, nie zauważyli, że nad wodami Ocllo zaczął wzbierać coraz to sroższy wiatr. W pewnej chwili niebo pociemniało a na wodach zrodziły się wysokie na trzy piętra fale. Jedna z nich uderzyła w łódź i sprawiła że Rufus oprzytomniał:

- AAAAAA! Kapitanie!! Nie panikuj! Wsysko w posadku!! Nic się nie stało!! To tylko malutkie fale!! ZGINIEMYY!!
Wykrzyczał biegnąc w stronę masztu i łapiąc się go Rufus. W tej samej chwili, z bałwanów które tworzyły tłukące się fale dobiegł Rufusa znajomy głos…
- …Nu wies Ty Cu… Nu seby muja krew Si tak zachywywac… Nu seby krew Zaklinaca wezebrała w takum panike… Siem w mej starej palce nie miesciwuje… *szelest wiatru przypominający westchnięcie*
- *Huh?* *Krzyczy z przerażenia*
- …Rufus! Obiecales no ino umierającemu Dziaduniowi se bedzis lodwasniak! A tys chyba ciapa pelna!

Uderzył w uszy Rufusa rozzłoszczony głos. W tym momencie Rufus przypomniał sobie obraz z dzieciństwa, kiedy to przed nim na domowym łożu umierał jego dziadek Albert. Mówił on wtedy Rufusowi, że płynie w nim jego krew – krew Zaklinacza zwierząt, i że ma ten dar wykorzystać jak na jego dziedzica przystało, ze ma być odważny i pełen życiowej werwy. To wspomnienie sprawiło, że niziołek odkleił się od masztu i podszedł odważnie do burty w którą biły białe fale.

- Dziadku!! Dziaduniu! To Ty!! Slyse Cie! Jestem toc ja odważny, ta o tylko malutenka chwila zwątpienia we mnie udesyla!

Kończąc te słowa, w burtę przy której stał niziołek cisnęła potężna fala. Tym razem jednak, zamiast uciekać, Rufus ustał pewnie w miejscu i wypatrywał przed sobą miejsca skąd głos może dobiegać. Jednak głos dobiegał zewsząd…

- Brawo mój maly! Jednak w tym grubym zadku jesce siedzi jakowas odwaga! – zadudnił głos.

Niebo rozjaśniało a fale ustały. Rufus stał przy burcie otępiały, i nie wiedział co tak naprawdę się stało. Czy to był sen? Przemęczenie? Krasnoludzki spirytus?

- *Hic!* Ojtahusnajut! Się tak to ma o! Cos my robim panie niziol?? Cy tak stac bedziem?? Bo mi dupa już przymarza do pokladu!! – wycedził przez zęby kapitan łodzi, który ledwo co ocknął się z pijackiego snu.

Rufus, stojąc ciągle nieruchomo, rozmyślał o przedchwilowym zajściu. I nagle ponownie w jego głowie zadudnił głos:

- Wnuku Ty mój jedynys! Przygawędowuję tu dzis do Ciebie, bom psypomnial se, se ty mas misyje Dziadkową do wykonania! Musis psesnacenie swoje odnalysc i udowodnic, ses prawdziwy zaklinac! Idz i podasaj za znakami, a odnajdzies to, cego sukas! A psy okasji udowodnis zes tego wsyskiego wart!

Ostatnie słowa… głosu, były już rozmyte, ledwo słyszalne. Rufus po ich wysłuchaniu wyciągnął tylko przed siebie w powietrze dłoń, jakby chciał złapac coś, czego tam nigdy nie było.

- Dziadku!! Dziaduniu!! – krzyczał w niebo niziolek.

Przygladal się temu spity lekko kapitan, i tak rzekł:

- Pan mały to chyba już na ląd musi hmm? Bo widze *hic!* że złe rzeczy się już z panem dzieją.
- *Huh?* A, tak tak! Plynmy do ladu kapitanie.

Rufus wpływając już do portu Ocllo, zaciągnął się ostatkami morskiego powietrza. I prawie zymiotował…

- A Pfujjj!! *bleee* Ło co to to za smród jest!! *zatyka nos* Oropieństwo!! Wali toc to chyba ze stajenki miastowej!! Tseba cos z tym zrobić!! Kapitanie, psycumuj tu a toc polce sobacyc ło co tam chosi z tym fetorem!

Jak powiedział tak zrobił, i pobiegł czem prędzej do stajni. Tam zaś, na samym środku siedział na stogu siana miejski treser i palił fajkę. Gdy tylko niziolek podszedł do płotu, usłyszał:

- Nieczynne!! Nie wydaję dzisiaj zwierząt!! Nie sprzątam i nie przyjmuję reklamacji!! Nie nie nie i nie!! Nic nie mam, a jeśli mam, to jest zepsute!!

Rufus zaskoczony całym widowiskiem, zebrał się w sobie tylko do jednego pytania:

- Ale o so chosi??
- Nie będę robił dzień w dzień! I to sam! Przynieś, podaj, pozamiataj, nakarm… Mam dosyć! Za mało mi płacą żebym z siebie takiego popchajdupe dał robić! O!

Rufus podrapał się tylko w głowę, i chcąc już odchodzić rzucił:

- Chocias by Pan tu pospsatal, bo wali w calym miastku jak w dzikusiej chacie!

Odwrócił się na pięcie, wypiął bebech przed siebie i wolnym krokiem zaczął zmierzac ponownie w stronę portu. W tej samej chwili, w oku tresera dostrzec by można swoistego rodzaju iskrę. Zeskoczył ze stogu siana i podbiegł do płotu wołając:

- Hej!! Heeeej! Hola hola! Chodże no tu kurduplu!
- No cego tu chce ode mnie jesce?
- Czy Ty przypadkiem… - terser zaczął się głęboko wpatrywać w facjatę niziołka – nie jesteś jakoś spokrewniony z Albertem?? Z tym takim tez mały kurduplem, tylko dużo starszym??
- Albertem?!! Tos to mój Dziadek był!!
- Dziadek!! *gromki smiech* A tak się zapierał że nigdy dzieci, a tym bardziej wnuków mieć nie będzie, to łotr jeden! Co tam u niego?
- Zaraz zaraz… Cy mam ja toc rosumiec, se Pan snał mojego Dziadunia Albercika?
- No pewno żem znał! Tylko dlaczego mówisz o nim ciągle w czasie przeszłym?
- Eee… *podrapał się po głowie* Dziadunio od dawna jus nie zyje… *zasmucił się lekko* Dawnoć to pan go widzieć musiał ostatni raz…
- O rany! Nie wierze! Żeby stary Albert kopnął już w kalendarz? I to dawno temu? *pokrecił ze zdziwieniem głową*
- Ale wracając… Pan znał dziadka?! Prose mi cos o nim opowiedzieć!!
- Oj znałem ja go znałem dobrze… Kawał skurczybyka z niego był! Gadał ciągle czego to on nie dokonał, czego to on w planach nie ma… *wzdycha z lekkim uśmiechem na ustach*
- No tak tes mi mama łopowiadała se Dziadziuś toc wsysko umił i wielu secy w syciu dokonał!
- Najbardziej rozbawił mnie jednego dnia – ciągnął dalej nie zważając na Niziołka – gdy pełen entuzjazmu, energii i pewności siebie zaczął nawijać o jakimś Mitycznym Smoku? Coś tam gadał że chciał go oswoić i tam blablabla… On dużo rzeczy gadał! *zaśmiał się*

Po tych słowach oczy niziołka rozbłysły, wypełniły się ogniem ciekawości.

- Jakiegos znowu smoka?! Mitycnego Smoka?! Pan mi tu mowis, se Dziadziuś chciał oswoić Mitycnego Smoka?!
- No niby tak móóóówił… Ale jak to się potoczyło, to już nie wiem… po tej rozmowie lekko się na mnie obraził że go wyśmiałem, i więcej go nie widziałem.
- A kiedy to było?? Jak dawno temu??
- Ohoho, z 17 lat na pewno minęło
- Nie! Nie wiese!! 17?! To 17 lat temu Albercikowi się własnie umarło!! Ale ja zawse wieciałem se coś było wtedy nie tak! Kiedy stałem przy łóżku dziadka, mam nie poswalala mi bron bose podnosic z Dziadunia kocyka, a śmierdziało wtedy strasnie spalenisna! Dopiero telas wsysko polacylem w całość!! Dziadziusia pokonał… smok!

W tym momencie to treser zainteresował się nowiną, a jego oczy naszły blaskiem.

- Co Ty powiadasz maluchu! Czyli jednak ten mityczny smok to prawda! *zaśmiał się głośno* A jednak Albert miał rację, że się na mnie obraził, haha.

Lecz do Rufusa nie docierały już słowa stajennego. Pochłonęły go własne myśli, zaczął wodzić w około oczyma, liczyć coś na palcach. Po drobnej chwili ocknął się z letargu, i wykrzyczał:

- TAK! To wlasnie o to Dziadziusiowi chodziło!! Moje psesnacenie! Moim psesnaceniem jest oswoic… mitycznego smoka! Dokonac cosik, cego Dziadzius nie podołał! TAK! Nareszcie wiem, o co mu chodziło gdy umierał! *podskoczył z radości*
- Ty? Oswoić mitycznego smoka? Tego którego Albert nie dał rady i zginął? Hahahaha *wybuchł gromkim śmiechem*

Rufus splótł ręce, naburmuszył się, twarz mu poczerwieniała.

- A tak! A wlasnie se ja! Wlasnie se ja tego dokonam! O!
- No dobrze dobrze, już się tak nie emocjonuj *puścił oko*. Tylko jeśli mogę coś powiedzieć, to uważam, że po prostu nie dasz rady…
- Jak nie dam jak dam!
- Ale nie przerywaj mi proszę! Mówię, że nie dasz rady, bez konkretnego przygotowania, o którym również Twój Dziadek dużo prawił. Długo mu zajęło zanim faktycznie wybrał się w podróż by okiełznać tą bestię. Myślę, że powinieneś zdobyć to samo, czego szukał niegdyś Twój Dziadek.
- *Ouu* A co panocek ma na mysli? Gdzie mogę to sdobyc?
- *Ekhem* A skąd JA mam to wiedzieć? Ja tylko mówię, że tak mi się wydaje, i że raczej bez tego nie podołasz.

Po tych słowach Treser przysiadł ponownie na stogu siana i odpalił fajkę.

- Ale hmmm… Skoro powinienem znaleźć to, cego sukał Albercik, i zapewne to znalazł, skoro jus się na smoka wybrał, to gdzie ja mam tego sukać?
- *treser pokręcił ze zrezygnowaniem głową* Maluchu, skoro Twój dziadek to znalazł, a dzisiaj nie żyje, to gdzie powinieneś szukać wskazówek? Skąd pochodzisz? Gdzie Twój Dziadek miał korzenie, i gdzie zapewne dzisiaj leży? *puścił oko*
- Ja? Dziadziuś? No my toć z północnych gór jesteśmy.. ! Tak! To jest to! Babcia pewno Dziadka w górach północy pochowała!
- Ano właśnie, góry północy maluchu. Znając Twojego dziadka, sądzę, że chciał być pochowany w miejscu, gdzie zawsze znajdywał to, czego szukał – przygodę *zaśmiał się* - treser wyciągnął zza pazuchy mapę, i wskazał na niej coś Niziołkowi.
- *Aha!* A wiec tam zapewne Dziadziuś lesy! Wrong! Panocku! Dziekuje bardzo za pomoc pseogromną, nieocenioną! Udaję siem tam cem prędzej!
- Hola hola! Chyba żeś zdurniał, jeśli chcesz tam iść sam! Potrzebujesz wsparcia! Proponuję, byś poszukał kogoś do pomocy. Ale nie kogoś zwykłego, bo jak sam widzisz, to nie jest zwykła przygoda *mrugnął*. Stwórz drużynę z elfa, człowieka, krasnoluda i niziołka. Wtedy to wróżę Ci udaną podróż.

Rufus pokiwał pewnie głową, i od razu zerwał się z miejsca, by rozpocząć poszukiwania.

- Ah te nizołki, zawsze w gorącej wodzie kąpane *pokręcił głową*. A już zwłaszcza ten ród Alberta…
Rufus biegł ile sił w nogach. Powtarzał w głowie ciągle słowa trsera: „clowiek, krasnolud, elfik, niziolek.. clowiek, krasnolud, elfik, niziolek..”. Podbiegł do miejscego żeglarza i wynajął łódź do Cove.

Po podróży, wybiegł jak poparzony z portu w Cove, i udał się do miejskiego banku.

- Uhuhu! Potseba mi pomocnych dłoni! Cieska psygoda Rufusa ceka, i pomoc potsebna! Lec nie zwykła! Elfa, cleka i krasnoluda potsebuje! – rozejrzał się wkoło. Koło bankiera stały tylko dwie postaci, które patrzyły na niziołka jak na cyrkowego błazna. Jedną z nich, była piękna, o hebanowej skórze i lekko spiczastych uszach drowka. Drugą tęgi, ludzki mężczyzna. Rufus gdy ich zobaczył, na chwile zamilkł, i ponownie powtórzył w myślach słowa: „clowiek, krasnolud, elfik, niziolek.. zaraz zaraz, elfik, elfik… mrocny elfik tes elfik! Toc idealnie!”
- Cudownie! Cy pan clowiek, i pani elfka *ekhem* dowka, chcieliby mose mi pomoc w wyprawie? W posukiwaniu Dzadunia?

Drowka uniosła lekko kaptur znad oczu i rzuciła ostre spojrzenie w stronę Rufusa.

- Phi! A cóż ja z tego będę miała? Mam iść, tak o? Oj nie, nie wydaje mi się.
- Nie nie! Chwilecke! Ja posukuje tylko Dzadunia! Wsyskie skarby i secy z wyprawy mnie nie interesują! Wsyscy co mi pomogą, podzielić się mogą skarbami!

Słowa te zainteresowały zarówno drowkę, jak i człowieka. Oboje myśleli jeszcze przez moment, po czym oznajmili jednogłośnie:

- Niech będzie.

Rufus uradowany, zapomniał jednak, że potrzebny będzie jeszcze jeden członek drużyny. Krasnolud. Dopiero gdy trójka wyszła już w pełni przygotowana z banku, niziołek krzyknął:

- O nie! Sapomniałem! Jesce Krasnoluda potsebujemy do podrósy!

Słowa te poniosły się przez całe Cove, i nieopatrznie dotarły do uszu dwóch krasnoludów, którzy zainteresowani zbliżyli się do ekipy poszukiwawczej. Jeden z nich oderwał się dopiero co od kucia zbroi.

- Nu, czy ju słyszułem, ze jakiś krasnolud putrzebny do wyprawy?
- *Uhuhu!* Tak tak! Panocku krasnoludzie! Potsebny pseokropnie!

Na to zbliżył się drugi krasnoludzki wojownik:

- *Argh!* Komu no tu porachować kości, Hmm!? Wolfgang zaraz zrobi swoje!

Rufus zaskoczony pojawieniem się aż dwóch krasnali, z początku zamilkł. Po chwili jednak dotarło do niego, że nic lepszego spotkać go nie mogło.

- No sudownie! To jeśli panowie naplawde chetni som do pomocy, to ja zaplasam! Potseba nam się udać do wrong, w poszukiwaniu grobu mojego Dziadunia! Mose skoro jus jesteśmy wszyscy, to ja się w koncu psedstawie bo toc tak nie wypada… Rufus Zaklinac jestem. Posukuje grobu swojego Dziadunia – Albercika Zaklinaca.
- *jeden z krasnoludów pokiwał głową* Ju jestym Bor Brethill.
- *drugi machnął toporem w powietrzu* Wolfgang Tankardt Limbby! *Argh!*
- *drowka przysłonięta lekko kapturem wycedziła przez zęby* Briz'kirra Silin'aerl.
- A ja jestem Raelis Danther *odparł człowiek*.
- Sudownie! – odparł ponownie Rufus – Rusamy więc w stronę Wrong! Ku Psygodzie!

Drużyna przygotowała się do końca w mieście, po czym niziołek ponownie wynajął łódź i popłynęli wszyscy w stronę Wrong. Tam dokonali przegrupowania – najsilniejsi na przedzie, słabsi po bokach, najsłabsi z tyłu. Wszyscy poza Rufusem, który szedł z tyłu, zajęli miejsca z przodu… Przestąpiwszy wejście do lochu, od razu do gardeł żywych rzuciły się chmary umarlaków. Szybko jednak rozprawiwszy się z nimi drużyna kontynuowała przedzieranie się do dalszej części lochu. Rufus zabezpieczał tyły, i rozglądał się uważnie w poszukiwaniu grobu Dziadka. Gdy wszyscy dotarli do końca korytarza, zabijając wszystko po drodze, Rufus zeskoczył z Lamy i zaczął się rozglądać.

- Nic tu nie ma! Nie możliwe psecies seby tu nic nie było!

Po tych słowach, Rufus ujrzał jedynie miny pozostałych członków drużyny, wskazujące ewidentnie na to, że za Rufusem kryje się coś, czego najpewniej sam nie chciałby zobaczyć. Powolutku i ostrożnie zaczął się obracać w stronę w którą spoglądała reszta. Aż wreszcie…

- AAAAAAAA! *krzyknął z przerażenia niziołek* - za Rufusem zmaterializowała się dziwnie wyglądająca postać, nie złożona na pewno z żadnych żywych elementów. Obciekała ektoplazmą i cuchnęła strasznie.
- Uuuuuuuu! Kto mnie tu nawiedza w srodku mojej dziury! To moja dziura! Idzcie z mojej dziury! Znajdzcie swoja dziure!
Rufus tak szybko jak usłyszał te słowa, i głos, który je wypowiada, równie szybko odpowiedział:
- Dziadek? Albercik? To Ty? To naplawdę Ty?

Duch zawiesił wzrok na Niziołku.

- Ja dziadek? Ah! Skoro ja dla Ciebie dziadek, to Ty dla mnie Rufus! Znaczy się wnuk mój Rufus! Co Ty Ru robisz gówniarzu?? Powienieneś gdzieś ćwiczyć żeby pomścić Dziadka a nie się włóczysz!
- Ale Dziaduniu! Ja właśnie plobuje Cię pomścic! Psybyłem tutaj z ta drusyną, by odsukac wskasówki w Twoim grobie! Wskasowki dotycace mitycnego smoka!
- Aha! Wskazówek Ci się zachciało! Ale zaraz zaraz… - duch rozejrzał się wkoło – w moim grobie powiadasz? W moim osobistym grobie? Ale… ale tu nie ma mojego grobu młodzieńcze. W ogóle to ja nie wiem co tu robię, skoro grobu mojego nie ma tu. Bo mój grób, to jest tam, gdzie wieje zimny wiatr, i śniegu dużo po kolana, i gdzie polarna zwierzyna chadza. Może mi powiesz wnuczku, co ja tu robię?

Rufus maksymalnie zdezorientowany, spojrzał na swoich kompanów, którzy miny mieli równie zdezorientowane co on, i każdy patrzył po sobie jakby szukał odpowiedzi w twarzy sąsiada.

- Alberciku… To skad tosik Ty siem tu znalasles? Skoro Twój grób jest na mrosnej wyspie? Hm?
- Noo… nie wiem…

W tym momencie Rufusa olśniło.

- Jus wiem! Stary treser mówił, se Ty sawsze tu snajdowałeś psygody! To pewnie dlatego Twój duch jest telas tu, gdzie psygod duso!
- Ano zapewne tak, szkoda, ze tego nie pamiętam *na cały korytarz rozległo się przeciągniete westchnięcie ducha*. Rufusie, skoro już rozpocząłeś poszukiwania, to musisz je zakończyć! Jak zapewne się domyśliłeś, zginąłem przez tego cholernego mitycznego smoka! *splunął ektoplazmą* Twoim zadaniem jest pomścić dziadka, i… okiełznać tego smoka, jak niegdyś chciałem ja. Tak! Spadło to teraz na ciebie! Ale najpierw musisz znaleźć co innego… Musisz odszukać nietypowy pastuszy kij. Jedyną rzecz, która jest w stanie wzbudzić w mitycznym smoku respekt wobec posiadacza ów kija.
- Dobse dziadku! Odsukam go!
- Aj Ty głupi Ty, daj że mi skończyć! Musisz udać się tam, gdzie jest mój grób. Ale zanim się tam udasz… - duch łypnął okiem na pozostałych członków drużyny – każdy z Twoich kompanów musi Ci sprezentować typowy dla swojej rasy przedmiot. Coś, po czym daną rasę można rozpoznać. A teraz wybacz mi maluchu, ale na mnie już pora. Za długo już w tym miejscu siedze.

Po tych słowach duch rozmył się w powietrzu, a na ziemi pozostała tylko mała ektoplazmatyczna kałuża. Rufus pokiwał do siebie głową, i rzucił w powietrze:

- Tak jest dziadku! Twoja śmierć zostanie pomscona! – Rufus odwrócił się do reszty drużyny – No to jak? Mata no mose psy sobie jakowes psedmiociki które siem nadadzą na to co Dziadziuś mówił?
- Ja mogę dać swój sejmitar – odparła drowka
- Ju tu dum własnej rubuty kawałek zbrui płytuwej – odparł Bor Brethill.
- *Argh!* Ja mogę dać Topór oblany krwią bestyji!! – Wolfgang rzucił na ziemię topór
- A ja mogę dać miksturę alchemiczną, własnej roboty – odparł Raelis.
- Wspaniale! A ja toc dam pses siem ugotowany obiad! Typowy niziolkowy! Ale droga drużyno, na dzisiaj toc chyba starcy jus psygod. Posno jus, kasdy pewno spiesy się we wlasnom strone. Posukiwania będziemy kontynuowac, jak tylko nadasy się dobra pogoda, okazja i takie tam, hm? Porozsylam wam golabki poctowe. Na dzisiaj wsyskim bardzo dziękuję!

Drużyna opuściła wspólnie loch, a poza jego murami każdy się pożegnał i udał w swoją stronę. Rufus powrócił do Ocllo, i zmęczony całym dniem padł jak kawka w karczmie po trzech butelkach spirytusu.

cdn.

 

Offline Havv0c

  • Gracze DM
  • Zarejestrowany
  • Wiadomości: 154
Odp: Przeznaczenie Zaklinacza - czyli niziolek, smok i dużo strachu
« Odpowiedź #1 dnia: 2010 11 22, 17:04:06 »
Dwa dni później, Rufus ciągle rozmyślając o ostatnich przygodach, ponownie wyruszył na połowy na wodach Ocllo. Opowiedział wszystko kapitanowi łodzi, a ten jak zwykle nie dowierzał w nic co mówił niziołek, i zachlał się spirytusem. Rufus łowiąc ryby opracowywał plan, jak dostać się na wyspę śniegu i jak sprawić by wszystko poszło jak z płatka. Chciał jak najszybciej odkryć to, o czym opowiadał dziadek, i wreszcie dopełnić swojego przeznaczenia. W pewnej chwili do nozdrzy Rufusa doleciał niezwykły jak na te strony zapach. Był to zapach mroźnego, wilgotnego powietrza, nie pochodzącego na pewno znad wód Ocllo. Domyślił się szybko, ze to woń powietrza z lodowej wyspy, na której ponoć znajduje się grób jego dziadka. Wciągnął głęboko powietrze i krzyknął przed siebie:

- Tak! To dzisiaj jest ten dzionek, kiedy to dokonce zadanie od Dziadunia! Kapitanie! Wracamy do portu!

Rufus czem prędzej z portu udał się do miejskiego gołębnika, skąd rozesłał wiadomości do swoich kompanów z poprzedniej wyprawy. Jednakże okazało się, ze tylko Bor Brethill nie spał, i kuł w Cove.
 
„Jedna walcaca osoba to za mało, cholibka…” – pomyślał niziołek - „Muse znalesc nowa drusyne!”.

Z gołębnika przybył do banku, gdzie przy stole siedział mag w zielonej szacie, i skrobał namiętnie magiczne zwoje.

- Witam! Panocku! Cy Panocek mose nie byłby chętny na podros na lodowa wysepke? Posukuje grobu swojego Dziadunia i potseba mi mocnych pomocnych racek!

Mag obrócił się na krześle, spojrzał spod kaptura na niziołka, i odparł:

- Jeśli pomoc, to trafiłeś bardzo dobrze mały! A jeśli do tego jakieś wojowanie, to już w ogóle!
- No swietnie swietnie, ale Cy Panocek mose mialby jakichs znajomkow do pomocy? Smai to pewno sobie nie poradzimy *westchnął*
- Nie bój się, już ja zaraz kogoś przyzwę i udamy się tam gdzie Cię niesie.
- Sudownie! Mose od lasu siem psedstawie, seby było wiadomo kto zawraca glowe *zachichotal*. Rufus Zaklinac jestem panocku! Miło mi!
- *skinął głową* Ja jestem Velsharon, miło Cię poznać. A teraz chodźmy.

Niziolek wraz z człowiekiem opuścili bank. Zaraz za jego drzwiami mag przystanął, wsunął rękę do małego woreczka uczepionego do pasa, wyciągnął z niego jakieś składniki, rozgniótł, i wypowiadając dziwnie brzmiące słowa rzucił przed siebie. W miejscu gdzie pył opadł, z ziemi wyłaniać się zaczęła wyrwa czasoprzestrzenna, o niezwykłym zielonym zabarwieniu. Po chwili z wyrwy tej wyłoniły się trzy postaci – znany już Rufusowi Bor Brethill, który okazał się również znajomym Velsharon’a, pewien emanujący potężną mocą wojownik, który po zapoznaniu się z Niziołkiem przedstawił się jako Cinow, oraz pierwszy raz w życiu widziana przez Rufusa postać, niska równie jak on, tylko cała zielona, i z dziwnymi patrzałkami na oczach – gnom Malkolm Bystronosy. Bo skompletowaniu nowej drużyny, Rufus opisał wszystkim całą sytuację, jaka miała miejsce dwa dni wczesniej, oraz to, co trzeba zrobić tym razem. Wszyscy podekscytowani chórem podjęli decyzję o jak najszybszym rozpoczęci wyprawy.
Velsharon przeniósł się mocami magicznymi na ląd znajdujący się najbliżej lodowej wyspy, skąd przywołał do siebie resztę drużyny. Stamtąd udali się łodzią na lodową wyspę.
Po opuszczeniu statku, śnieg okazał się tak głęboki, że niemożliwym okazało się poruszanie na wierzchowcach – z każdym krokiem cienkie końskie czy lamowe kopyta zapadały się w zaspach. Jedynie Bor Brethill, który ujeżdżał polarnego misia dał radę podróżować na nim dalej.
W pewnej chwili, nosa każdego z ekipy dobiegł niezwykle mroźny i wręcz pachnący śniegiem zapach, lecący z północy wyspy.

- To na pewno tam! Tam musimy isc! – wykrzyczał Rufus.

Bor idąc na przedzie, i ugniatając przed sobą śnieg, prowadził całą resztę na północ wyspy. Po prawie godzinnej wędrówce, Rufus z kompanami dotarli do docelowego miejsca…
Stanęli przed jaskinią, znajdującą się na samym północnym końcu wyspy. Pozostawili przed nią wierzchowce i wstąpili o jej środka. Tam, Rufus ujrzał to czego szukał, i padł na kolana.

- Dziadku! Twój grób! To tutaj znalasłem Twój grób! Tak! Udało mi się!

Nagle, kilka stóp od nagrobka, w rogu jaskini zaczęła się kumulować… ciemność. Ciemność ta zaczęła obierać coraz to wyraźniejsze kształty, aż w końcu wszystkim ukazała się potężnie wyglądająca, podobna do swoistego rodzaju demona postać. Piekielnym charczącym głosem, dudniącym każdemu w uszach oznajmiła:

- CI, KTÓRZY TU PRZYBYLI, NIE WYJDĄ STĄD! PRZEKRACZAJĄC WEJŚCIE DO MEJ JASKINI, PODPISALIŚCIE NA SIEBIE WYROK! JAM JEST STRAŻNIK DUSZ, ŻYWIĄCY SIĘ TAKIMI MARNYMI DUSZYCZKAMI JAK WASZE! POKŁOŃCIE MI SIĘ, A NASTĘPNIE POŻEGNAJCIE Z ŻYCIEM!
- Co??!! Nie!! Stop!! Zalaz!! Nie!! Tak być nie mose! STOP! Psysedlem tu, by odnaleźć grób Dziadka Alberta! By spełnic swoje psesnacenie! Nikt, nawet ktosik taki jak ty, mi nie pseskodzi! Mam wsysko to, o cym mówił Dziadek! Nie psy byłem tu na marne!
- GŁUPCZE! SĄDZISZ ŻE JA, STRAŻNIK DUSZ, BĘDĘ SIĘ SŁUCHAŁ KOGOŚ TAKIEGO JA TY?! *upiorny śmiech* ALE DOBRZE, NIECH CI BĘDZIE! ZNAM TA DUSZE, KTÓRA NAZWAŁES ALBERTEM. UCIEKŁA MI, GDY CHCIAŁEM JA POŻREĆ, GDY MNIE ZAGADAŁA I POWIEDZIAŁEM, ŻE PRZEDMIOTY RASOWE DRUŻYNY MAJĄCEJ KIEDYKOLWIEK STYCZNOŚĆ ZE ZMARŁYM, MOGĄ WYKUPIĆ DUSZĘ Z MYCH RĄK! LECZ ON ICH NIE MIAŁ! I UCIEKL! I ZOSTAŁ NA ZAWSZE POTĘPIONY I WYGNANY OD SWOJEGO GROBU! ALE JA WIEM ŻE GO TU CIĄGNIE, I BĘDĘ NA NIEGO CZEKAŁ!
- *Aha!* A toc własnie i Dziadzius Cię wykiwał! O! Proszę! Oto przedmioty rasowe osób, które niedawno mialy stycnosc z Dziaduniem!

Rufus rzucił na ziemię przedmioty uzyskane z poprzedniej wyprawy.

- NIE MOŻLIWE! NIE MOŻLIWE ŻE MNIE TAK OSZUKAŁ! ŻE TEŻ DAŁEM SIĘ NABRAĆ! DOBRZE WIĘC, SĄ, PRZEDMIOTY. ALE BRAKUJE JESZCZE JEDNEGO… *demon wyszczerzył ostre i długie ociekające czarną mazią kły*
- Co jeszcze brakuje?? – zapytał Rufus, i szybko pożałował, że zapytał
- WASZEJ KRWI!!! HAHAHAHAHAHA!

Demon po wypowiedzeniu tych słów, rzucił się na drużynę, łamiąc kości wszystkim przez których przeszedł. Z życiem uszedł jedynie Velsharon, który zachował wystarczająco dużo zimnej krwi, by odratować sytuację.

- Niech to! – krzyknął wskakując na niedźwiedzia Bora – teraz trzeba to cholerstwo odciągnąć!! *Wrr*

Velsharon z demonem na plecach przebiegł prawię połowę wyspy. Gdy wreszcie zgubił demona, powrócił pod jaskinię, gdzie powskrzeszał poległych towarzyszy.

- Cholera jasna! Tak być nie może! Ja, Cinow, nie zgadzam się z tym, by jakiś obfajdany demon pluł nam w twarz! Kompani! Złączmy siły i pokonajmy to ustrojstwo!
- Moment moment… - przystopował go Velsharon – nie damy rady…
- Juk ni dumy juk dumy! Krusnolud zawsze du rudy!
- Spokojnie! Potrzebujemy pomocy jeszcze dwóch osób… Z nimi żaden demon nam nie podskoczy.

Mag wsadził rękę do woreczka u pasa, rozgniótł zioła, rzucił na śnieg i wypowiedział słowa zaklęcia. Po chwili ze śniegu wyłoniła się ponownie zielona wyrwa czasoprzestrzenna, a z niej wyszły dwie postaci – kobieta, i mężczyzna. Kobieta ubrana podobnie do Velsharona, w zieloną togę – Pani Synthia, jak później się Niziołkowi przedstawiła, oraz potężny wojownik – Roxon Brethill.

- Teraz możemy ruszać! *Velsharon zaśmiał się srogo*

Cała drużyna ruszyła w stronę, w którą poprowadził ją Velsharon. W stronę, gdzie pozostawił demona. Opracowawszy nowy świeży plan, z Roxonem na czele, ekipa zbliżyła się do demona i rozpoczęła się historyczna dla Rufusa walka na śmierć i życie. Rufus przerażony, jaką to moc demon posiadał, i ileż to mocy on sam jeszcze będzie potrzebować, by kiedykolwiek takiemu demonowi stawić czoła, przyglądał się tylko z tyłu.

- *Argh!* W mym orężu siła! Giń poczwaro! – wykrzykiwał Roxon.

W tym samym czasie gnom Malkolm grał pięknie na flecie, co rozpraszało demona, a reszcie drużyny dodawało sił. Velsharon i Synthia skupiali wszelkie moce na zasklepianiu draśnięć na ciele Roxona, a Bor Brethill tłukł demona od tyłu. Aż wreszcie:

- Tak! *Jupii!!* Udało się! Hurrra!! – krzyczał uradowany niziołek, zaraz po obaleniu potężnego strażnika dusz – Chodźmy! Chodźmy wszyscy do grobowca dziadka! Na pewno czary Strażnika ostały zdjęte!

Rufus i reszta podróżników pobiegli z powrotem do jaskini. Tam Rufus ponownie klęknął przed nagrobkiem, i usłyszał:

- Gratuluję młodzieńcze! Uratowałeś duszę swojego Dziadka od zgnicia w tej ektoplazmatycznej śmierdzącej powłoce w Wrong! Nareszcie wróciłem do swego ciała, a teraz będę mógł i udac dalej, do życia wiecznego!
- Dziadku! Kochany! Udało mi się! Czy to znaczy, że to koniec? Tak miało się wypełnić moje przeznaczenie?
- *rozległ się dudniący śmiech* Nie głupku, to dopiero początek! To dopiero sam początek maluchu! Idź, i zdobywaj kolejne wskazówki, stawaj się silniejszy, a kiedyś okiełznasz tego smoka, któremu ja nie podołałem…

Głos rozmył się i zniknął.

- Dziadku! Alberciku! Nie odchodź! – Rufusowi spłynęła łza po policzku.

W tej samej chwili, ziemia pod nagrobkiem zadrżała, i spod nagrobka wyłonił się kawałek drewna. Rufus zauważywszy go, złapał i próbował wyciągnąć, jednak tkwił głęboko w ziemi.

- Hej hej! Kochani! Plose pomoscie niziolkowi wyciągnąc to cus!

Kompani Rufusa złapali go w pasie, i pomagali ciagnąć. Aż nagle ziemia wypuściła kawałek drewna i wszyscy padli na ziemie. W rękach Rufusa pojawił się niezwyczajny kij, z zakręconym końcem, wyglądający jak kij pastucha. Był jakby żywy, Rufus, czuł w nim tętnienie. W bardzo wielu miejscach był osmalony i poprzypalany.

- Oho – powiedział Velharon – te ślady, wyglądają jak ślady typowo po ogniu smoka…
- Ah! Ogniu smoka! To pewno tej kijasek o którym Dziadzio mówił, że to nim okiełznać mi przyjdzie smoka! Sudownie! – uradował się niziołek – Drodzy cłonkowie mojej sudownej wyprawowej ekipy! Dziękuję wam serdecznie za wselką pomoc! Bez was nigdy bym sobie nie poradził! Dziękuję Wam ogromniaście! Mam nadzieję, że kiedy już odnajde nastepne wskazówki co do swojego psesnacenia, spotkamy się ponownie i znowu mi pomosecie! A terlas nie chce jus was dlusej psetsymywac tu, kasdy pewnie do cegos się spiesy. Dziekuje las jesce!

Wszyscy pożegnali się serdecznie, i również podziękowali Niziołkowi za wyprawę, po czym Velsharon otworzył dla wszystkich magiczne przejscie do miasta.

Tak zakończyła się ta przygoda, pierwsza poważna w życiu Rufusa. Pierwsza przygoda uderzająca w jego przeznaczenie. Czy Rufus podoła reszcie wskazówek, które czekają na niego w dalszym życiu? Czy podoła, by wypełnić przeznaczenie, które wraz z krwią Zaklinacza płynie w jego żyłach? O tym zadecydują najbliższe lata w życiu niziołka.


KONIEC


--------------------------------

Serdecznie Dziękuję za tego superowego questa ;] Bawiłem się prześwietnie :) Dziękuję QMowi który to wszystko wymyślił, i który to wszystko tak świetnie przypasował do mojej historii i koncepcji postaci :) Każdemu życzę takiego questa :P

Dziękuję również wszystkim, którzy mi pomagali ;] Jednak są w tym świecie DM jeszcze ludzie, dla których liczy się nie tylko pk, pvp czy kox :>

P.S. Przepraszam za wszystkie ewentualne błędy stylistyczne, ortograficzne itp. Jest to moje pierwsze tutaj opowiadanko, i proszę o wyrozumiałość ;] Przepraszam też za to, że takie długie mi to wyszło :P Tak jakoś mi się rozpisało :>

Offline Wol

  • Gracze DM
  • Zarejestrowany
  • Wiadomości: 800
  • Lupus Heterofobius
Odp: Przeznaczenie Zaklinacza - czyli niziolek, smok i dużo strachu
« Odpowiedź #2 dnia: 2010 11 22, 17:44:09 »
brawo! :)

Offline Maelui

  • Zarejestrowany
  • Wiadomości: 885
  • Vampirella
    • Forum Vamiprica
Odp: Przeznaczenie Zaklinacza - czyli niziolek, smok i dużo strachu
« Odpowiedź #3 dnia: 2010 11 23, 15:00:07 »
genialne :D