Miasto Vesper gościło już wiele zaskakujących osobistości, jednak tych dwóch dziwacznych barbarzyńców wydało się Elfce nazbyt znajomych. Krzątali się przy swoich skrzyniach bankowych krzycząc coś do siebie. W tym samym momencie znad pokrywy skrzyni ukazała się szaro-błekitna twarz poł-wilka. Na głowie miał niedźwiedźą skórę a pysk zwierzęcia obsuwał mu się na oczy. Z irytacja otrącił go i zawołał – Witaj Cam.. nie ma czasu do stracenia… zbieraj się … Jego słowa zagłuszył drugi głos bardziej donośny należący do Murinusa – Załóż te rzeczy i wyruszamy... Elfka przytłoczona skórami i przebraniem spojrzała na obu przyjaciół z nieukrywanym zainteresowaniem – czy to kolejny ich żart? – zapytała się w myślach.
Klepsydrę później jej koszmar gnał przez lasy Trinsic, na północny zachód niosąc ją w oszałamiającym pędzie, wiatr smagła jej twarz, rozwiewał włosy i szaty. Wiedziała już, że nie są to żarty, wręcz przeciwnie, będzie dziś walczyć o losy Vesper i każdej istoty, która w nim przebywa. Rozejrzała się w koło szukając swych przyjaciół, byli tuż obok niej, obecnością dodając otuchy. Las znikła za ich plecami, a w oddali dostrzec już można było pierwsze knieje dżungli. Thiass zatrzymał cała drużynę, wydając zaledwie kilka rozkazów: Ja będę przemawiał, Murinusie Ty pilnuj moich pleców i miej oczy szeroko otwarte, Cam Ty zaś – przerwał na chwile - staraj się nie rzucać w oczy. Resztę drogi przebyli pieszo, prowadząc konie. Murinus bacznie przyglądał się wszystkiemu wokół, szukając jakichkolwiek śladów bądź znaków wskazujących, że są już blisko celu. Dżungla było opustoszała, nienaturalnie cicha, spokojna. Wiatr zamarł gdzieś w konarach drzew, powietrze było ciężkie od wilgoci i gorąca. Czas zagubił swą drogę w tych dzikich kniejach, odrywając je od rzeczywistości. Niebawem Murinus odnalazł pierwsze ślady i oznajmił, że są już niedaleko. I tak też było, po chwili do ich uszu dotarły dziwne dźwięki, rozrywające martwą cisze wokół. Z każdym krokiem elfie serce biło coraz szybciej, wypełniając swym rytmem każdą myśl. Wierzchowce pozostawili ukryte w kniejach, zaś sami skradali się, przemykając z cienia w cień. Drzewa rozstępowały się przed nimi, nikły blask światła z wolna zaczął przedostawać się przez konary. Przed nimi ukazała się polana, a na niej trzy postacie odziane w plemienne szaty, spowite mgłą, która otulała ich, skrywając przed wzrokiem obcych. Thiass zastygł bez ruchu, a wraz z nim pozostali, czekając…
Chwile potem trójka przyjaciół powstała i ruszyła w szyku z poł-wilkiem na czele. Wynurzali się z mrocznych knieje wprost na polanę oświetloną blaskiem, pochodzącym od barwnych kamieni, otaczających ołtarz. Przystanęli pozostawiając przed sobą niewielka odległość dzielących ich od Starego Szamana. W jego, zaś rękach lśnił Rytualny Sztylet, który bezwiednie przykuwał wzrok przybyłych. Powietrze wokół zgęstniało, jakby pozbawione życiodajnego pierwiastka, odbierając zebranym siły.. Thiass przemówił, a słowa układały się w groźby i rozkazy: Jesteśmy tu z woli Bogów... Przekażcie nam Rytualny Sztylet... To nam dane jest złożyć ofiarę. Każde zdanie dla Elfki było snem, który uciekał z jej myśli niczym nieproszony gość. Jedyne, co się liczyło to to, że wciąż nie mieli Sztyletu. Przebrania nie poskutkowały, Szaman Pukusz przeczuwał podstęp. Tuż za nim stało dwóch barbarzyńców gotowych w każdej chwili zaatakować. Jeden błąd i wszyscy zginą…
Kolejne czyny poparte słowami, groźby, ofiara z własnej krwi, próba sił, wszystko to nie przyniosło zamierzonego rezultatu, Rytualny Sztylet wciąż tkwili w rękach wroga. Jedyne co uzyskali to pozwolenie na pozostanie w trakcie obrzędu. Spoglądali bezradni jak stary barbarzyńca odprawia modły i wtem jedna chwila nieuwagi, ostrze spoczęło na kamiennym ołtarzu… Wszystko to, co stało się później, było chwilą, jednym ziarnem w klepsydrze wieczności. Powietrze zelektryzowało się pod wpływem zaklęcia i już po chwili na rękojeści Sztyletu, zaciskała się ręka Elfki. Moc przeszywała jej ciało, z trudem odwróciła złote oczy od magicznego przedmiotu i ruszyła biegiem przez lasy. Wszystko rozpływało się w barwach zieleni. Słyszała okrzyki swych przyjaciół, nawoływania by się nie zatrzymywała. Lęk o ich życie był ogromny, lecz wiedziała, że nie może się obejrzeć, jeszcze nie teraz. Dosiadła koszmara skrytego w kniejach i ruszyła pędem dalej, zatrzymując się na skraju dżungli. Nie widziała nikogo za sobą, mogła jedynie dosłyszeć stukot końskich kopyt w oddali. W jej ręku na rozkaz myśli zjawiła się niewielka księga, strony przewróciły się niczym poruszone wiatrem. Dłoń Elfki spoczęła na literach, które pod dotykiem zalśniły złotym blaskiem… chwile potem znikła…