Spisane ręką kapłańską. MHM
Moja pamięć nie sięga tak daleko bym mogła przybliżyć który to był rok. Zanim obudziłam się dla Nocy byłam zwykłą mieszkanką Tol en Estel. Wymagano ode mnie uczestnictwa w wiecach i tym podobnych bzdurach, jednak nie interesowały mnie doczesne sprawy elfów i ludzi. Gardziłam mymi braćmi i ubolewałam nad ich degradacją. Pycha i gówniarska wręcz duma elfów odpychały mnie coraz bardziej od domu. Odeszłam, gdy ma pogarda osiągnęła apogeum a iskra w oczach zwiastowała nadchodzącą burzę. Wycofałam się i zamieszkałam w spokojnej osadzie niedaleko Vesper. Wiele wspomnien wiąże się z tamtym miejscem. Nauki u mistrza Kelembriona, wspólne popłudnia z Cailet i Ilidriashem. Miłość. Mimo wszystko brakowało mi czegoś. To nie był mój świat, ta cała otoczka słodyczy i dostatku. Pragnęłam objąć łaskawą Śmierć, złożyć pocałunek na Jej trupiej dłoni, wyrzekając się śmiertelnego życia. Poszukiwałam odpowiedzi na moje pragnienia. Odnalazłam je pewnej nocy w Yew...
***
-Maelui!-zawołała słodko Tinva machając drobną dłonią, obleczoną bransoletami. Gdy podskakiwała wymachując ręką jej biust niemalże wyskoczył z opinającego gorsetu. Z pewnością zgromadzeni przed bankiem mężczyźni marzyli i błagali w myślach aby misterne wiązania gorsetu pękły pod naporem piersi kobiety.
-Nie podskakuj tak kochanie bo ci cycki wypadną! Co tu robisz w srodku nocy?-Maelui roześmiała się ściskając i całując w policzek swoją kochankę.
-Wybierzesz się z nami na łowy?-Spytała Tinva jak zwykle szczebiocząc radośnie lecz Maelui jej już nie słuchała. Jej doskonały słuch wyłowił z gwaru dziwne dźwięki. Mlaskanie? Jakiś zduszony jęk i..Uczucie chłodu, które przeszyło ją na wskroś. Być może jakaś ostatnia iskra ostrzegawcza zabłysła w jej głowie ale została zignorowana tak samo jak piękna łuczniczka. Zrobiła jeden krok po chwili drugi i trzeci, nim się zorientowała biegła w to miejsce, w ten ciemny zaułek bez wyjścia...
Usta jej drżały, na czole pojawiły się kropelki potu a fiołkowe oczy mrugały chcąc się upewnić czy rzeczywiście widzą...
Na drewnianej beczce siedział młody mężczyzna. Nie widziała jego twarzy gdyż światło gwiazd i księżyca było za jego plecami. Jednak nie chciała mu się przyglądać. Jej wzrok spoczął na drugiej postaci. Pierwszy osobnik trzymał go w ramionach a usta miał przy szyi na wpół zemdlonego młodzieńca. Ujrzała jak jasne ubranie biednego chłopca barwi się czerwienią. Wtem dziwny mężczyzna puścił ciało, które upadło z nieprzyjemnym plaskiem na bruk. Ktoś zapalił światło niedaleko zaułka. Mężczyzna na beczce miał zakrwawione usta i...oblizywał je ze smakiem.
Chciała krzyknąć lecz głos uwiązł w gardle jakby spętany okowami z łańcuchów. Coś ją dusiło...On ją dusił! Bogowie! Tinvo! Nie chcę tak umierać...nie chcę umierać!
-Nie chcesz?- Odezwał się. Miał piękny głos. Jakże dźwięczny i głęboki. W innych okolicznościach zapewne by się rozpłynęła słuchając jego słów. Zbliżył się powolnym krokiem gdy nagle odzyskała oddech. Niespodziewanie wyciągnął rękę i dotknął różowego policzka Maelui. Drgnęła. Nie, nie dlatego, że jego dotyk był trupio zimny. Przeszyła ją rozkosz. Wybuchnęła niczym wulkan w policzku, pulsując gdzieś pod czaszką by spłynąć do podbrzusza. Westchnęła mimowolnie i przytrzymała jego dłoń przy skórze, łasząc się do niej niczym kotka do dłoni swego Pana.
-Bogowie! Co ja robię!?-Jej myśli zbuntowały się i odtrąciła tak cudowny dotyk nieznajomego.
Odsunęła się o kilka kroków oddychając szybko. Światło oświetliło Jego twarz...Dech zamarł ponownie w piersi elfki.Był piękny. Tak cudownie, przerażający. Biała skóra delikatnie odbijał światło księżyca. Oczy jak dwa morza, głębokie i wzburzone jak podczas sztormu. Usta nadal zdobiła krew lecz Maelui zapomniała do kogo ona należy. Teraz było to zwieńczenie doskonałego obrazu. Ostatnie machnięcie pędzla malarza. Ostatni cios młota i dłuta w doskonałej rzeźbie.
Wiedziała, że nie był człowiekiem. Wiedziała też, że za chwile umrze i upadnie na bruk jak kawałek mięsa.
-Mięsa? Moja piękna skąd takie okropne myśli? - Uśmiechnął się. Szeroko.
-Będzie bolało?
-Nie.
-Zrób to szybko, dobrze?
-Szkoda oh wielka szkoda. Myślę, że Ci się to nawet spodoba.
Zbliżył się do niej powoli, znów dotykając policzka, ust, przeczesując jej czarne włosy smukłymi palcami. Powoli odpływała pod jego dotykiem, niemalże krzyknęła gdy zsunął dłoń na szyję i ramiona. Objęła go rękami. Niech będzie i tak! Umrę z rozkoszą. Dosłownie.
Odwzajemniała jego pieszczoty, próbowała ustami złowić jego zakrwawione usta. Pocałował ją nagle. Długo i zmysłowo.Smakowała jego usta i krew na nich. Delektowała się ostatnim pocałunkiem, gdy On zsunął jej z ramion rękawek sukienki odsłaniając ramię i szyję.
-Zrób to. - Szepnęła i spojrzała po raz ostatni w gwiazdy.
Wbił kły w jej szyję. Na początku było to bolesne ukłucie, by po chwili zmienić się w kolejną falę nieprzebytej rozkoszy. Słabła z każdym jego łykiem, lecz nie dbała o to. Błagam niech to trwa wiecznie, niech się nie kończy, chcę tego każdej nocy do końca świata.
-Dobrze.- Oderwał się od jej szyi śmiejąc się upiornie.-Dam Ci to czego pragniesz. Oto odpowiedź na Twoje pragnienia! Maelui z zapomnianego rodu. Moja mała Morn'gil!
Objął ją czule niczym kochanek po spełnionej nocy. Nie zauważyła jak uleczył ranę na szyi swoją krwią. Była na wpół świadoma, jakby jedną nogą w tym cudownym świecie, gdzie było tak przyjemnie, a drugą tu na szorstkim zimnym bruku Yew.
Pocałował ją w czoło i odgarnął zlepione potem włosy z twarzy.
-Udaj się na północ od Yew. Znajdź podziemną bibliotekę. Udzielą Ci tam schronienia. Teraz muszę odejść. Ynaath moja piękna!
-Za...zaczekaj- wydusiła z siebie gdy już miał się odwrocić.- Poznam Twe imię mója słodka Śmierci?
Uśmiechnął się.
-Morgin d'More.
I zniknął.
***
Nie wiedziałam do końca kim był Morgin,czy też raczej czym ale podążyłam na północ i odnalazłam ruiny a miedzy ukruszonymi murami schody do Ciemności. Szukałam Go. Wołałam. Bezskutecznie. Tamtej nocy widziałam go po raz ostatni...
CDN.
Stare dzieje
