Słońce kończyło swoją wędrówkę po nieboskłonie tworząc piękną poświatę okrywającą horyzont. Teoz zmierzał traktem wzdłuż brzegu pośpieszając Sha Kanna. Zaczęło się, odrzekł przeciągły i wibracyjny głos. Demon spadł z wierzchowca puszczając przy tym kose. Wydał z siebie piekielny ryk bólu, który roznosił się po puszczy Yew. Klęczał podpierając się rękoma zaciskając dłonie z bólu. Kości zaczęły pękać a zbroja opadła na ziemię. Wystające kości z barków zaczęły się wydłużać pokrywając twardą skóra. Skrzydła się rozpostarły a krzyk bólu zamieniał się w furie mordu. Ciało Teoza stało się masywniejsze i kilkakrotnie większe.
- Zabij... zabij i udowodnij swą przydatność i wierność...
*powiedział głos w jego głowie*
Obłęd w oczach wielkiego ponad drzewa demona skierował się na Sha Kanna. Zwierze próbowało się bronić... Teoz karmił się swym wiernym towarzyszem rozszarpując jednocześnie ochłapy mięsa wokół siebie aż dotarł do serca. To co smakowało mu najbardziej z cielesnego pożywienia, ciepłe jeszcze lekko bijące serce...
Kończąc serce poczuł po raz kolejny ból jednak znacznie mniejszy, mógł powstrzymać się przed krzykami czy słabością fizyczną. Przed oczyma dostrzegł siebie... wędrującego do pamiętnego zniszczonego budynku. Poruszał się swobodniej niż kiedykolwiek a wokół pulsowała ledwie widoczna poświata. Mrugnął oczyma dostrzegając rzeź. Spojrzał na swoje dłonie. Były całe w krwi skóra była popękana a ból w górnej części pleców narastał. W tym samym momencie na twarzy pojawił się zaskakujący uśmiech. Opasał się przepaską z demonich skrzydeł i ruszył przed siebie przyśpieszając kroku. Jakaś siła skłoniła go do biegu, nie wiadomo czemu poczuł się silniejszy a nawet ciało podążało prawie tak szybko jak wzrok. Zatrzymał się rozejrzał wokoło przyjrzał się sobie próbując zrozumieć. Ręce same zaczęły się a usta wymawiać słowa In Vas Main...
Poczuł jak rany się zasklepiają, to było dziwne a jednocześnie zaskakujące. Czuł jak demonia krew uwalnia w nim swą esencje. Ruszył w stronę krwawego domu...
http://imageshack.us/f/262/beztytuudki.jpg/Postać, która ukazała się w przejściu łączący te ziemie z otchłanią piekielną mówiła dalej.
- Nie mamy czasu do stracenia Pan domaga się byś odszukał i powstrzymał ekspedycje Methestela zaszyła się w starych ruinach Czarnobrodych. Ruszaj i siej zniszczenie...*powiedziała ochryple na koniec rzucając w stronę Teoza szatę splamioną krwią z piekieł*
- załóż to pomoże Ci dopełnić misji i uchroni przed magią Methestela.*wręczyła medalion*
- masz, użyj tego by wiedzieli kto Cie przysyła.Przywdział togę i ruszył do odległych ziem gdzie żyli czarno brodzi. Im bardziej się zbliżał tym większą czuł woń wroga. Chwycił talizman szepcząc słowa modlitwy wysławiając Ylotha. Poczuł jak jego śmiertelne ciało się zmienia i przybiera prawdziwych kształtów ukazując jego prawdziwe oblicze. Przybierając postać potężnego dmemona czół się doskonale bowiem to było jego prawdziwe oblicze które posiada przekraczając bramy piekielne a na ziemi musi się męczyć w tym mizernym śmiertelnym ciele jednak takie są konsekwencje opuszczenia piekła by aż tak nie zwracać na siebie uwagi śmiertelnych a jego misja tego wymagała. Któregoś dnia sam Yloth przekroczy bramę piekieł a wtedy będzie mógł przybrać swoje prawdziwe oblicze na zawsze siejąc zniszczenie...
Demon ruszył przed siebie czując coraz mocniej dusze przeciwnika. Pierwszą ofiarą gniewu Pana padli strażnicy stojący przed odkopaną grotą. Bezlitośnie rozszarpywał truchła podążając dalej. Jego celem był akolita i zaklęty kostur Methestela. Podążając już tunelami starej siedziby Czarnobrodych słyszał rozlegający się alarm i krzyki ludzi... Demon szykujcie się!
Ręce demona wygestykulowały samowładnie magiczną energie i wzniosły ściany na wyjściu z pomieszczenia.
- Nie uciekną*ryknął ruszając przed siebie*
Ściany i posadzka coraz bardziej robiły się czerwone od krwi wyznawców. Po splądrowaniu komnat stał przed ostatnim włazem, pchnął go mocno wchodząc do środka. Pomieszczenie było puste znajdowała się jedynie dźwignia na która nie zwrócił uwagi kierując się prosto do równoległych drzwi. Mocował się z nimi długo, próbował otworzyć magią jednak te ani drgnęły. Solidna krasnoludzka robota zabezpieczona prawdopodobnie starożytnymi runami... Odwrócił się rozglądając po pomieszczeniu raz jeszcze. Podszedł do dźwigni jednak nie rozumiał słów na niej wyrytych. Chwycił i pociągnął drzwi ani drgnęły. Jego cierpliwość powoli się kończyła, szarpnął mocniej dźwignie dociskając ja do samej ziemi o kolejne dwa stopnie. Wrota otworzyły się a z korytarza dobiegały słowa jakiejś modlitwy i niebieskie pulsujące światło. Czuł obecność Methestela jego magia była tam silna... To na pewno tam. Demon złożył skrzydła lekko się pochylając przeszedł przez korytarz. Gdy wszedł do pomieszczenia znajdującego się na końcu korytarza niebieskie światło oślepiało go jednak dostrzegł kilka postaci stojących przed jakimiś wirami magi. Rozpostarł skrzydła przykrywając połowę komnaty wydobywając z siebie ryk tak silny iż stare kamienne ściany się zatrzęsły i lekko zaczęły się gdzieniegdzie obsuwać. Niebieska poświata ustała a postacie zaczęły się odwracać. Jednak zanim to zrobiły sługa Ylotha chwycił głowy akolitów i mocnym szarpnięciem wyrwał je rzucając na posadzkę na której powiększały się kałuże krwi wokół ciał. Kapłan Methestela stojąc bezradnie kierował pogróżki w stronę Teoza. Demon roześmiał się podchodząc bliżej czuł narastający strach, słyszał szybsze bicie serca. Kapłan w ostatniej chwili próbował podjąć walkę jednak było już za późno. Skierowana wiązka magi uderzyła go oszołamiając. Pochylił się nad ofiarą wysławiając Ylotha szydząc z Methestela oznajmiając nieuniknioną klęską jego słabego Boga. Przycisnął go wielkim kopytem ręką chwytając głowę wyrywając ją. Zabrał głowę i kostur. Kierując się ku wyjściu niszczył i zawalał korytarze, wyrwał dźwignie by nikt nie mógł wejść do pomieszczenia. Przed samym wyjściem chwycił ślepego uzdrowiciela za łeb uderzając nim o ścianę paląc zwłoki wyszedł na zewnątrz. Zawalił wejście przygniatając je wielkim włazem.
Rozpostarł skrzydła i wzbił się w powietrze kierując się do miejsca w którym objawiła się wola pana.
docierając na miejsce przyjął swoją śmiertelną postać oczekując objawienia.
Portal otworzył się a w nim ponownie ukazała się postać kobiety.
- Widzę, że spełniłeś wole... połóż tu łeb i kostur.
*postać chwyciła kostur z szaleńczym śmiechem*
laska błysnęła niebieskim światłem a za chwilę czerwonym przybierając nowy kształt i barwę. Kopnęła głowę kapłana śmiejąc się.
- Dobrze się spisałeś Yloth jest z Ciebie zadowolony. Nos togę dopóki ją masz ochroni Cie przed wyznawcami Methestela. Bądź gotów gdy na każde wezwanie!
*wycedziła rozkazującym tonem ostatnie słowa powoli znikając w otchłani*