- A niech to szlag - zaklal podle Kapitan Strazy Swietego MIasta Jhelom rozcierajac policzek na ktorym znajdowala sie czerwona prega, slad jaki pozostawila nieostroznie odgieta galaz - jak ja moglem mieszkac w takich warunkach...
Droga do domu uciazliwa, jednak list jaki optrzymal z podpisem ojca nie pozostawil mu wyboru...
List byl krotki. lecz zadziwiajaco tresciwy, a brzmial: Matka jest chora, przybadz natychmiast !!
Nie widzial rodzicow, bedzie z 5 lat, a jak choroba jest tak powazna ze az Ojciec poslal po niego to musi byc zle...
Ruszyl wiec w droge rozmyslajac caly czas co sie stalo, jak sie zmienili, co im powie...
Ich ostatnie spotkanie nie nalezalo do udanych
A teraz ??
No nic, juz blisko...
wyszedl na sciezke prowadzaca wprost do jego domu i ruszyl lekkim truchtem...
W pewnym momencie droge zastapil mu dosc sporych rozmiarow mezczyzna.
A wiec list dotarl - usmiech malujacy sie na jego twarzy zbil z tropu tak pewnego siebie czlowieka jakim byl Dowodca Strazy - Niestety, Mamusia juz nie zyje... - powiedzial osobnik wyciagajac zza pasa zakrwawiony topor...
Wywiazala sie walka...