Przygnieciony ciezarem zmartwien i dlugiego marszu, elf przedzieral sie przez gestwiny lasow Yew. Minal ostatnie cisy wyciagajace swe wielkie konary by zlapac ostatnie promienie slonca. Pozosawil za soba ostatnie podmuchy mroznego polnocnego wiatru. W pare zachodow slonca po opuszczeniu dziedziny Yew, po zmroku, przekradl sie obok obozu pieknych, lecz nad wyraz agresywnych amazonek. Dni stawaly sie krotsze, ustepujac srebrnej tarczy ksiezyca, przyszly pierwsze chlody. Po dlugiej podrozy, na horyzoncie zaczely majaczyc swiatla miasta elfow, cel podrozy. Przechodzac przez dlugi most laczacy kontynent z wyspa wracaly wspomnienia czasow gdy mogl sie w tym miescie czuc bezpiecznie przechadzajac sie wzdluz bialych uliczek miasta. Przed bankiem czekali zaprzyjaznieni Fenidzi, byla takze Ksiezna Lesnego Miasta Yew. Przed bankiem tloczyli sie ludzie z dalekiego poludnia, cuchnacy spirytusem krasnoludy, wyslannicy Korony, druidzi i inni zacni, i mniej zacni tego swiata. Wszyscy przybyli tu w jednym celu, by pozegnac Ksiecia Celbriena. Pielgrzymi zgromadzili sie w glownej sali palacu. Po krotkich obrzadkach, w ciszy wszyscy ruszyli procesja do grobowca w glebi labiryntu, by pochowac cialo Ksiecia.
(chwile pozniej net mi padl i 'obudzilem sie' dopiero jak wszyscy wychodzili :[. Jak ktos dopisze, chetnie przeczytam bo sam jestem ciekaw co bylo dalej)