Zapadał zmierzch kiedy sześć zakapturzonych postaci, jedna po drugiej przeniknęło do kwadratowego pomieszczenia. Każdy ubrany w czarną togę z obszernym kapturem szeroko naciągniętym na oczy. Rozeszli się wokół otaczając ciężki kamienny stół.
Sala wykonana była z czarnego kamienia, jej ściany lśniły w ciemnościach wilgocią a w powietrzu unosił się odurzający zapach kurzu i inkaustu. Kroki mężczyzn odbijały się lekkim szelestem od ścian przywodząc na myśl szelest ponurych liści w mrocznym lesie.
Rozległ się zgrzyt łańcuchów dobiegający ze stołu. Kobieta miała nie więcej niż dwadzieścia lat, była przepiękna; jej delikatne ciało emanowało lazurowym blaskiem a srebrzyste oczy wpatrywały się w mroczne sylwetki. Leżała spokojnie oddychając równo – miarowo, i tylko ten cichy odgłos bicia maleńkiego serca rozchodził się w powietrzu. Jej błękitne włosy, przesiąknięte cuchnącą wilgocią; rozrzucone niczym aureola wokół jej głowy falowały delikatnie poruszane niczym korony smukłych drzew niewidocznym wiatrem.
Jedna z postaci podeszła bliżej, badawczy wzrok kobiety powędrował wzdłuż krawędzi togi.
- Córka bogów wędruje ku śmierci – mężczyzna powiódł wzrokiem po jej nagim ciele. – Doskonałość ciała ludzkiego ukryta w tak delikatnym stworzeniu… - głos mężczyzny był niski, zdawał się dobywać nie bezpośrednio spod kaptura, a wędrował spod ziemi, dobywał się z wnętrza nieokreślonej ciemności, która zdawała się zalegać wokół.
Powolnym ruchem postać sięgnęła pod togę wyłaniając zakrzywione, czarne ostrze. Kobieta tylko podniosła wzrok w górę, jej spojrzenie powędrowało gdzieś daleko poza sklepienie pomieszczenia. Odetchnęła głęboko. W pomieszczeniu rozszedł się szelest wypowiadanych przez mężczyzn słów, nagły wiatr wzniecił drobiny wody, które przez chwilę unosiły się w powietrzu. Nagły mrok zalał gwałtownie całe pomieszczenie i okropny ziąb wniknął do wnętrza. I właśnie wtedy, delikatny dźwięk niczym otrze miecza przeciął zalegający chaos. Niczym nóż wdarł się w gardło bestii tłumiąc jej głos. Jego źródłem była kobieta spoczywająca na kamiennej płycie. Jej słowa układały się w melodie, tak smutną, ze w tej jednej chwili czas stanął w miejscu.
Kiedy będę szła ku Tobie
Mój ukochany, moje włosy niczym wianek
I moje serce malutkie w Twoje ręce złoże.
Nekromanta podszedł bliżej. Jego uzbrojona w czarny sztylet ręka, powoli uniosła się w górę.
A gdy diamentowe łzy rozłąki spłyną w Twe oczy
Niech delikatnie spadną na mnie kojąc mnie do snu.
A gdy zasnę pod białym drzewem
Liście wiecznie będą nucić słowa moje
Kładąc Cię do snu.
Ostrze powoli unosiło się do góry. Obie dłonie spoczęły na jego rękojeści.
Lecz mój śpiew już nigdy nie ukoi smutku.
Przyjdź chodź teraz w me ramiona…
Chodź na chwilę przytul mnie.
Kobieta powoli wyciągnęła dłonie w górę, jej oczy rozbłysły białym światłem a ciało delikatnie uniosło w górę. Ogromne łzy spływały po jej policzkach.
Bo w mym sercu już na zawszę będziesz żył.
Czarne ostrze przeszyło jedwabistą skórę kobiety. Krew delikatnie zaczęła sączyć się z rany. Oczy ofiary chwile jeszcze wpatrywały się w przestworza nim zasnuła je mgła. Dłonie delikatnie opadły w dół. Nekromanta szarpnął ostrzem w dół poszerzając ranę.
Kobieta mrugnęła oczami. Z kącików ust wypłynęła krew. Z jej ust nie dobył się żaden dźwięk. Nie próbowała walczyć.
Czarne ostrze jeszcze jednym ruchem rozdarło ciało istoty. I właśnie wtedy, delikatnie z wielkiej dali doszedł dźwięk dzwonu. Jedno, posępne uderzenie. Nekromanci zamarli w kręgu. Nagle dłoń kobiety uniosła się w górę a jej oczy zapłonęły błękitnym blaskiem. Na twarzy pojawił się uśmiech.
Ciszę przeszył ostry dźwięk dzwonu jeden za drugim. Posadzka i ściany zadrżały od ich uderzeń, nekromanci sięgnęli po broń rozchodząc się wokół. Równie nagle wszystko zamilkło. Odwróceni plecami do ofiary, mężczyźni nie mogli dostrzec cienia, który nagle wyłonił się z nicości. Spoglądał długo w oblicze martwej kobiety. Z jej rany krew utworzyła na posadzce i płycie stołu czerwone plamy, które rozkwitały niczym karmazynowe pąki róż.
- Umarła tak spokojnie – odezwała się szeptem postać. Ubrana w białą szatę przewiązaną szafirowym pasem. Krawędzie togi wysadzane były diamentami. Mężczyzna niebywale wysoki, barczysty. Jego ostre rysy twarzy i srebrne oczy wpatrywały się w martwą kobietę.
Szybkim ruchem, nie odrywając od niej wzroku rozprostował ogromne skrzydła. W jego dłoni zmaterializował się błękitny miecz.
- jam jest Gniew Niebios – Archanioł Wysłannik. Jam jest zguba – odezwał się, a ton jego głosy zdawał się przeszywać nekromantów niczym ostrze. Skrzydła rozpostarły się a potężny podmuch w jednej chwili zniszczył całą komnatę.
W tej jednej chwili znaleźli się w bezkresnej przestrzeni. Otoczeni nieprzeniknionym mrokiem.
W ciszy jaka zapadła, przerywanej jedynie jękiem wiatru ozwał się nagle przeciągły, posępny zgrzyt wyciąganych mieczy. Nagłe szepty i dudnienie z wnętrza ziemi. Sześciu mężczyzn sięgnęło po broń. Archanioł nie spoglądał na nich. Pod jego stopami, na kamiennej płycie, martwe ciało kobiety pokryły śnieżnobiałe liście, które wbrew jakimkolwiek prawom, pomimo szalejącej wichury pozostawały nieruchomo. Archanioł podniósł wzrok, nie było jednak w nim błękitu ani bieli. Z świetlistej twarzy spozierała na nich para czarnych oczu. Wzrok, który definiował krystaliczny gniew i smutek. Gniew zszedł na ziemię dotykając stopami kamiennej posadzki.
Atak nastąpił niespodziewanie, ziemia wystrzeliła w górę kamiennymi kolcami spychając jednocześnie Archanioła w tył. Potem nagłe uderzenia mieczy, jedno za drugim – niczym wściekły grad potężnych błyskawic zasypał obrońcę. Ostrza szalały w nadludzkim tempie. Nekromanci nacierali coraz potężniej, w niebywałej ciszy i deszczu iskier – sześć czarnych ostrzy przeciw jednej srebrzystej klindze.
Wielki Ojcze, Saternosie… odwago Valstora łasko Ithril w tej jednej chwili usłysz płacz swych dzieci. Wzywam was.
Archanioł nagłym ruchem wyciągnął rękę przed siebie. Niewidzialna siła, której moc była nieprawdopodobna; nagle porwała falę ziemi tuż przed nim zatrzymując natarcie. Nekromanci nagle znieruchomieli, a ziemia, która przed chwilą została wyrzucona w powietrze, zamarła w przestrzeni.
- Łaska, którą mnie obdarowano moim gniewem się stała. – Archanioł ruszył przed siebie unosząc broń – niech śmierć otworzy bramy przed swymi dziećmi – nagły cios powalił bez życia pierwszą ofiarę– jam jest gniew boży, jam jest światłość – kolejny cios pozbawił czarną istotę mrocznych sił życia, odległy grzmot przetoczył się przez pustkowia, a ogromne krople deszczu poczęły spadać na ziemię. Archanioł ruszył dalej, zbliżając się do trzeciej postaci – nie zaznacie spokoju w żadnym życiu, niech wieczny ogień trawi wasze szczątki a potępienie będzie waszym nowym światem – kolejny cios. Archanioł zbliżył się do piątego nekromanty. Zagrzmiało potwornie, kiedy ostrze zaczęło opadać rzęsiste krople deszczu przybrały barwę szkarłatu znacząc białe pióra skrzydeł Archanioła karmazynowymi strugami. Jego toga przesiąkła doszczętnie. Piąte ciało opadło bez życia. Archanioł skierował się ku szóstemu nekromancie w jego dłoniach czarny sztylet opadał nisko wzdłuż ciała.