Autor Wątek: Furia Klanu Duergar  (Przeczytany 729 razy)

Offline LV

  • Gracze DM
  • Zarejestrowany
  • Wiadomości: 513
Furia Klanu Duergar
« dnia: 2007 02 15, 14:54:40 »
Dzień był suchy i bezwietrzny, jaskrawo pomarańczowy owal słońca mozolnie parł ku linii widnokręgu. Halabarda ciążyła nieznośnie na ramieniu, a twarde skórzane buty boleśnie obcierały wyczerpane stopy. Nadszedł najwyższy czas na odpoczynek. Krasnolud ściągnął z siebie ciężki podróżny płaszcz, zzuł buty i zasiadł na pobliskim zwalonym pniu. Przepocona tunika kleiła się do rozgrzanego ciała. Pochylił się nad swym tobołkiem i wyszarpnął zeń opróżnioną już do połowy, zakorkowaną butelkę. Srebrzystoszary trunek zalśnił w popołudniowym słońcu. Yorghal Duergar Teferse wpatrywał się długo w refleksy świetlne tańczące na wzburzonej tafli cieczy, nim w końcu wyciągnął zębami korek. Trunek rozlał się po przełyku krasnoluda przynosząc mu nieopisaną ulgę i orzeźwienie. Tak pokrzepiony rozsiadł się wygodniej i popadł w szpony błogiego lenistwa.
***
Szczęki zacisnęły się na wyciągniętej szyi ofiary. Z rozszarpanej tętnicy buchnęła karmazynowa fontanna znacząca krwawe ślady na skąpanej w świetle księżyca polanie. Rozszalała bestia zawyła triumfalnie , głosząc całemu światu kolejne zwycięstwo. Dopełniwszy rytuału spełnionych ambicji, wilkołak rozdarł szponami podbrzusze jeszcze dygoczącego truchła i zanurzył pysk w powstałej ranie. Zaspokoiwszy pierwszy głód, wycofał się w głąb lasu, intensywnie węsząc. Nigdy nie należało „spożywać” zdobyczy w całości, ponieważ moment posiłku, winien być tylko krótką chwilą, starczająca tylko na tyle aby odzyskać utracone siły. Dłuższa zwłoka, mogła zaowocować niespodziewanym atakiem. Nocni łowcy, właśnie podczas posiłku byli najbardziej ‘obnażeni’. Węszył więc niespokojnie, dopóki mdlącego zapachu świeżej posoki oblepiającej futro, nie zastąpiły tropy inne, bardziej wyraziste. Stał przez chwilę w bezruchu, unosząc uszy i rozróżniając rozpoznane wonie, gdy jego nozdrzy doszedł zapach zupełnie niespodziewany. Wiatr niósł od strony gościńca oznakowanie tego, z kim niegdyś bestia miała przyjemność walczyć. Był to intensywny zapach istoty, związanej z nim przyjaźnią, zwieńczoną wilczą krwią. Wilkołak instynktownie ruszył w kierunku starego znajomego.
***
Przebudził się po zmierzchu, wypoczęty i rześki. Pełen nowej, nie spożytej energii, narzucił na plecy płaszcz, przywdział buty i chwyciwszy ponownie drzewce swej wiernej broni, wznowił wędrówkę. Nie zapomniał spakować prawie pustej już butelczyny srebrzystego trunku. W końcu podróż bez takiego wsparcia była równoznaczna ze śmiercią. Wychodził właśnie z obrębu lasu, na roztaczające się przedeń równiny, gdy kątem oka dostrzegł błysk nieopodal, między drzewami. Nie zatrzymał się, nie chcąc by domniemany napastnik zauważył odnotowanie swej obecności. Krasnolud szedł więc dalej, wychodząc na otwartą przestrzeń, gdzie stanowił idealny cel nawet dla najgorzej wyszkolonego gwardzisty z kuszą. Wyostrzył wszystkie zmysły, jednocześnie przestawiając się na cieplne postrzeganie rzeczywistości. Noc była jasna, jednakże infrawizja mogła dać mu przewagę informacji o położeniu swego przeciwnika. Wszystkie te starania były daremne, gdyż będąc tak zajętym lustrowaniem swych tyłów, nie spostrzegł olbrzymiej bestii, stojącej... naprzeciw. Wyzywający skowyt rozdarł panującą dotąd śmiertelną ciszę nocy.
***
Rozbiegane ślepia czujnie śledziły każdy ruch krasnoluda. Ślina zmieszana z zakrzepłą krwią kapała spomiędzy obnażonych kłów bestii. Wilkołak o srebrzystej sierści nie pragnął walki, ona nawet nigdy nie pożądał niczyjej śmierci. Nic nie był winien temu, że jego instynkty były silniejsze od rozsądku. Ponadto doznanie ekstazy towarzyszącej ogarniającemu umysł i ciało szaleństwu było nad wyraz kuszące. Krzyki rozlegające się przy każdym celnym ataku brzmiały w jego uszach niczym anielska harfa. Każdy grymas bólu wykrzywiający twarz ofiary dostarczał niewypowiedzianej przyjemności. Tak więc nie leżało w jego intencji zamordowanie stojącego naprzeciw duergara. Było to po prostu... kuszące. Nawet nie starał się uciszyć szeptów wzbierającej się weń furii, obiecującej nieopisane rozkosze. Jeszcze jedna śmierć, czym jest kolejne truchło, wobec TEGO uczucia. Pazury rozorały ziemię, pokrytą kiełkującą wiosenną trawką. Wilkołak zarzucał łbem, to warcząc, to skowycząc. Szaleństwo powoli ogarniało jego ciało. W końcu dał upust swoim emocjom i rzucił się do ataku.
***
Ciosy spadały na krasnoluda z niewiarygodną częstotliwością, wilkołak atakował zawzięcie, zmuszając krasnoluda do stałej obrony. Yorghal wiedział, że stoi na z góry przegranej pozycji. Skoncentrował się na atakach likantropa i wyszukiwał najdrobniejszej luki w jego obronie. Szarża Srebrnookiego była jednak tak chaotyczna, że w żaden sposób nie dało się przewidzieć jego kolejnego ruchu. Krasnolud zaklął siarczyście. Teraz mógł tylko czekać na niechybną śmierć... bądź zaryzykować samobójczy atak. Nie wahając się długo odsłonił głowę przepuszczając oszponioną łapę przez zastawę. Pazury oznaczyły trzy głębokie bruzdy na twarzy Duergara, rozpoczynające się u grzbietu łuku brwiowego, a zakończone na policzku. Yorghal splunął, po czym szarpnął halabardą unieruchamiając wilczą łapę pomiędzy jej trzonkiem, a swoim torsem. Wilkołak zaryczał wściekle, starając się wyszarpnąć z żelaznego uścisku. Krasnolud zacisnął zęby i silnym uderzeniem w ucho ogłuszył likantropa. Bestia zachwiała się na łapach zdezorientowana, wtenczas białobrody wypuścił ją z uścisku i... puścił się pędem do ucieczki. Nie liczył na ucieczkę od z góry przesądzonej walki. Liczył raczej na jej odroczenie. Ciepła krew brocząca z rany na twarzy powoli przesłaniała mu widok. Usłyszał za plecami zwierzęcy ryk. Nie... dźwięk który wydał z siebie rozwścieczony wilkołak za nic nie przypominał zwierzęcego zachowania. Skowyt ten przywodził na myśl krew, cierpienie i śmierć. Yorghal zacisnął mocno powieki i zakrzyknął, starając się oczyścić umysł z makabrycznych wizji.
-Na brody przodków.. On naprawde cierpi.
Rozmyślania przerwał mu znajomy dźwięk, jaki wydaje leśna ściółka, rozgniatana wąskimi odnóżami żuka bojowego. Otworzył oczy. Dokładnie naprzeciw siebie ujrzał znajomą przysadzistą sylwetkę, pochyloną nad karkiem rozpędzonego wierzchowca.
   -Bracie mój! W samą porę!
Khorm Duergar Teferse tylko wyszczerzył swoje żółte zęby w odpowiedzi. Wyhamował tuż przed zdyszanym bratem, powoli wyciągając zza pleców silnie zdobiony młot kowalski.
   -Braci. Wskakuj na żuka. Słyszałym ten skowyt i mie się on wcale a wcale ni podoba.
Yorghal momentalnie znalazł się za plecami brata, żuk zadreptał zdenerwowany w miejscu czując na sobie obecność nowego pasażera.
   -Spokój Dzban. Toć to mój brat!
Odpowiedzią żuka było wielce wymowne bulgotanie. Khorm nie zwróciwszy na nie uwagi wyciągnął ze swej torby spory metalowy krążek i powrócił do lustrowania pobliskich zarośli. Cisza panująca na leśnej polanie, na której to właśnie się znajdowali wydawała się wielce nie na miejscu. Bracia trwali w bezruchu, wyczekując najcichszego szelestu. Yorghal zmrużył czerwone ślepia, koncentrując wzrok na odległym punkcie, po czym szepnął do brata.
   -Tam jest. Pomiędzy drzewem a koloniom grzybów obrastajoncom tamten pagórek. Widzisz go?
Kowal run nieznacznie skinął łbem. Umiejscowił metalowy przedmiot na kciuku i pewniej chwycił młot. Następnie podrzucił run w powietrze i biorąc niewielki zamach jeszcze w locie uderzył weń młotem. Metaliczny dźwięk towarzyszący tej czynności rozniósł się po polanie nienaturalnym echem. Run popędził z wielką prędkością na spotkanie z wilkołakiem, lecz w połowie drogi pękł, uwalniając swą magiczną energie. Likantrop zaryczał czując na ciele macki paraliżującej go energii. Widząc, że zaklęcie zadziałało, Khorm momentalnie skierował żuka w kierunku swego domostwa, puszczając zwierze cwałem.
   -Głemboka ta rana braci mój?
Zapytał nie spuszczając wzroku z traktu.
   -Nie Khorm. Oko jest nie tkniente.
Z tymi słowy wypadli na polanę, pośrodku której rysowały się zarysy potężnej twierdzy. W chwili gdy dopadli drzwi do fortecy, na polanę wpadł Srebrnooki. Ślina zmieszana z krwią kapała spomiędzy jego obnażonych kłów, pazury niespokojnie orały ziemię. Yorghal zeskoczył z żuka spoglądając wymownie na brata. Khorm skinął, po czym otworzył księge runiczną, rozkładając nań zwój odwołania. Było to jedyne ludzkie zaklęcie, które potrafił opanować typowo antymagiczny krasnoludzki umysł. Wyrecytował inkantację, kalecząc przy tym mistyczną mowę na wszystkie z możliwych sposobów, po czym zniknął w obłokach dymu.
Yorghal pochylił grzbiet, chytając pewniej halabardę. Spojrzał niebezpiecznie szybko zbliżającemu się wilkołakowi prosto w oczy. Nie odnalazł weń istoty, którą to likantrop bywał w ciągu dnia. Nie odnalazł również zwierzęcia, którym to winien stać się w przeciągu nocy. Odnalazł tylko Furię... Nieokiełznaną potęgę szaleństwa, dążącego tylko i wyłącznie do śmierci. Srebrnooki zgarbił się napinając mięśnie karku i zatrzymał na kilka metrów przed Yorghalem. Tym razem białobrody nie miał zamiaru oddać inicjatywy. Oparł potężną broń na zgięciu ręki i zaszarżował. Bestia zarzuciła łbem skowycząc, gdy ostrze rozorało jej tors. Ciemna posoka chlusnęła na krótko obciętą, wypielęgnowaną trawkę. Wilkołak cofnął się nieco, skupiając wzrok na krasnoludzie. Stał tak przez chwilę, po czym odrzucił łeb do tyłu, wyjąc przeciągle. Paskudna rana na jego piersi po chwili zrosła się, zostawiając po sobie pamiątkę w postaci nieowłosionej blizny. Yorghal uśmiechnął się pod nosem, po czym wznowił atak. Srebrnooki uniknął kolejnego śmiertelnego ciosu, po czym zaatakował przeskakując ponad ostrzem. Pazury rozorały ramię Duergara. Ten syknął z bólu i zdzielił bestię, końcem trzonka halabardy w pysk. Zaparł się piętą o twardy grunt i ciął po skosie. Wilkołak padł na cztery łapy, przepuszczając ostrze ponad łbem i pchnął białobrodego barkiem. Yorghal runął do tyłu i przetoczył się kilka metrów, wypuszczając broń z ręki. Srebrnooki stał w miejscu niespokojnie kiwając się z boku na bok...
***
Krew... Śmierć... Cierpienie... Ból... Srebrnooki przyglądał się z zadowoleniem, powoli podnoszącemu się z ziemi Duergarowi. Przekrzywił łeb przymykając oczy. Zaczął kołysać się na boki odczuwając rozkosz przy każdym bolesnym syknięciu białobrodego. Gwałtownie otworzył oczy wykrzywiając pysk w paskudnym, zwierzęcym uśmiechu. Podszedł do leżącego krasnoluda i nachylił się nad nim wdychając słodki zapach krwi. Ryknął i uderzył oburącz w kark wojownika, ten runął jak długi stękając nieprzyjemnie. Wilkołak zwrócił łeb do księżyca i zawył z rozkoszy. Gest ten jednak nie miał na celu oddania hołdu księżycowej pani... Bestia wpatrywała się w srebrzystą tarczę, z czystą, nieskrywaną nienawiścią. Stał tak w milczeniu, krzyżując spojrzenia z jaśniejącym owalem, po czym spojrzał ponownie na ciężko dyszące ciało.
   -Mm..aaaaam Cięęę... kkrasnoludź..dzie... Pozzzzwól ż..że pok..każę Ci prawdź..dziwe cierp..pienie!
Unosił łapę do ostatecznego ciosu, gdy wyczuł za plecami silne zawirowanie energii. Odwrócił się w chwili, gdy błękitny blask rozciął powietrze przed fortecą. Wąska linia, wyglądająca jak idealne rozcięcie w krajobrazie momentalnie przeistoczyła się w owal, z którego przy tętenie kopyt, wśród pyłu unoszącego się spod kopyt i odnóży, wypadł Khorm na swym żuku, ściskający w jednej dłoni potężny oburęczny młot, a w drugiej uprząż braterskiej lamy – Herasy. W pełnym galopie wypuścił zwierze swego brata, sycząc doń coś przez zęby, po czym gwałtownie skręcił, starając się zmylić zdezorientowanego likantropa. Ten tymczasem ze zwierzęcym rykiem uderzył się w pierś, po czym popędził w kierunku lamy. Ta, niezrażona oszalałą bestią parła przed siebie, skracając dzielącą ją od krasnoluda odległość. Gdy znajdowała się w odległości niecałych dwóch metrów od wilkołaka, zupełnie niespodziewanie, zatrzymała się uginając tylne łapy. Srebrnooki rzucił się do przodu z rozczapierzonymi szponami. Herasa napięła mięśnie i skoczyła, wymijając o włos wilkołaka. Zdołała uniknąć śmierci, jednakże nie zdołała jednak uniknąć głębokiej rany. Likantrop ozdobił jej bok malowniczą pręgą prostopadłą do linii żeber. Lama straciła na chwilę rytm, dreptając w miejscu, po czym popędziła do właściciela. Srebrnooki zaryczał wściekle, odwracając wzrok w kierunku nieruchomego ciała.
Toooo nnnnnie t..t..ttak! Sytuacja zaczynała się powoli komplikować. Yorghal wcale nie wyglądał jak nieruchome ciało. Stał szczerząc doń zęby, trzymając w dłoni butelkę, po nie dopitej żółtej miksturze. Herasa stała tuż za nim przechylona nieco w stronę ranionego boku. Srebrnooki padł na cztery łapy warcząc niespokojnie. Pazury rozorały ziemię pod łapami likantropa. Tymczasem Yorghal wyrzucił za plecy niepotrzebną butelkę, po czym wyciągnął prawą dłoń przed siebie. Zaraz potem wyminął go Khorm zostawiając w jego dłoni srebrny młot oburęczny. Srebrnooki rzucił się do ataku. Yorghal widząc pędzącą nań bestię, momentalnie starł uśmiech ze swojej twarzy, po czym wskoczył na swego wierzchowca. Wilkołak zawył z wyrzutem, roztrącając spore grudy ziemi pod łapami. Skrócił odległość na umożliwiającą skok i niewiele myśląc rzucił się do szaleńczego ataku. Tymczasem krasnolud wbił pięty w boki swego wierzchowca i zmusił go do galopu. Walka trwała długo, pełna krwi, cierpienia i gniewu. Zapewne przeciwnicy nie doczekali by się rozstrzygnięcia tej potyczki gdyby nie rana zadana Herasie. Yorghal szarżował właśnie na mocno ranionego Srebrnookiego, gdy zwierze pod nim zacharczało nieprzyjemnie, po czym zwolniło krok i runęło na ziemię. Krasnolud zdążył zeskoczyć z konającego wierzchowca tuż przed upadkiem. Przetoczył się przez ramię i stanął pewnie na nogach, z młotem uniesionym nad głową. Splunął na ziemię i skrzyżował wzrok z likantropem. Srebrnooki poczuł gwałtowny wzrost drzemiącej weń potęgi. Furia napierała, zmuszając wilkołaka do brutalnego ataku. Nie miał nawet zamiaru sprzeczać się z jej podpowiedziami. Popędził w stronę nieruchomego Duergara napinając wszystkie mięśnie. Ten tylko przymknął oczy spuszczając nieco łeb. Srebrnooki widział zbliżającą się sylwetkę w coraz większym tempie. Tuż przed runięciem na białobrodego, spostrzegł jak ten unosi młot ruchem niewykonalnym dla człowieka. Potem już czuł tylko rozdarcie świadomości z rzeczywistością i gorzki smak leśnej ziemi...
***
Przebłyski świadomości, które zapamiętał nie wnosiły wiele w znajomość wydarzeń tamtego wieczoru. Zbudził się oparty o ścianę, z jarzącą się błękitnie obrożą na szyi, mając nad sobą dwójkę braci. Potrząsnął łbem starając się skupić myśli, po czym ponownie uniósł wzrok. Tym razem jego uwagi nie przykuły jednak krasnoludy, a sylwetka Tinerota, wynurzająca się z cienia pomiędzy drzewami...