Autor Wątek: ...a z prochow oni powstali i poszli naprzod w korowodzie  (Przeczytany 2009 razy)

Offline Gofer

  • Gracze DM
  • Zarejestrowany
  • Wiadomości: 7835
  • Ojciec, Maruda, Podcaster
    • Księgarnia Internetowa PIĘKNA KSIĄŻKA NET
Dni... miesiące... lata... wieki... w bezruchu i w bezmiarze... jeno wiatr przetrząsał starte na proch kości, zmielone nienawiścią życia ścięgna i wyschłe od powabów życia umysły. Czasem szczur przyszedł skonać wśród nich i tylko ułamkami wieczności naruszyć bezmiar śmierci swym agonicznym tchnieniem życia... co żyje - to żyć przestanie...

Wiatr przyniósł burze... to co stałe, twarde i pewne jak śmierć przestało nim być. Krople wody życia przyniosły śmierć śmierci... Jak niechciane czarne grzyby wyrosłe z trzewi wężowego umysłu zdrady powstawać zaczęły domy. Wielka, świeta pustka, ziejąca jako zgniły ząb w gardzieli przesiąkniętego życiem lasu została zaplombowana ogniskami życia... prochy już tylko w samym swoim sanktuarium, zostały nietknięte. Otoczone, zepchnięte do defensywy przez życie powstały... To co rozpadło się w zapomnianej agonii na nowo ożyło w nieżyciu i weszło do ognisk życia by nieść błogosławieństwo nicości wrogom śmierci. Nieść siebie w darze żyjącym...

Oni walczyli, walka miała trwać bez końca, jak i bez końca trwa wiatr, co obraca w pył to co trwa... wiatr jednak potrafi i ożywiać, przyniósł nadzieje i tym co odeszli i tym co kiedyś odejdą... przyniósł bowiem...

This is Karaaaaaath...
  . . . 

 

Offline urug

  • Zarejestrowany
  • Wiadomości: 363
    • http://tolszewski.pl
...a z prochow oni powstali i poszli naprzod w korowodzie
« Odpowiedź #1 dnia: 2007 08 24, 22:31:34 »
Podobno niegrzecznym jest zabijać gości we własnym domu. Takoż                      
niegrzecznym jest rugać gospodarza za to że nie dość dobrze tychże gości            
przyjął. Gdy konwenanse zostają zlekceważone przez jedną stronę, druga nie
jest zobowiązana do ich dalszego przestrzegania. Rzekłem, nie to że na
własne usprawiedliwienie, jednak dobrze jest jakoś skomentować kawał trupa
rozciągający się pod drzwiami własnego domu - w dodatku gdy tego trupa
własnoręcznie się tu zrobiło - bynajmniej nie z ciała żywego, atoli trupem
to tu przybyło i trupem najwyraźniej dalej zostać pragnie. Powiadali - a  
nigdy temu wiary nie dawałem - że w tutejszych ruinach śmierć nie ma mocy.
Najwyraźniej mieli racje. Bogowie jednak raczyli dosadniej wyprowadzić mnie
z omyłki owej i upióra jakiegoś, czy zjawę przysłali, bo nie wierze że samo
się tu przywlokło. Podeszła do mnie i tak prawi, - Dom nowy nam znajdziecie,
bo ten zbrzydł obrzydliwie. Pragniecie spokoju? Spełnicie naszą prośbę,
aliści rada dowie się o wszystkim. Takoż rzekłszy rozpłynęła się w oparach.
Cóż tu począć? Tym już mądrzejsi ode mnie będą się zajmować, bo oto nadciąga
Divianna, pewnikiem znajdzie rozwiązanie.
Pozdrawiam, urug.

Jaskolka

  • Gość
...a z prochow oni powstali i poszli naprzod w korowodzie
« Odpowiedź #2 dnia: 2007 08 26, 13:08:39 »
Opowiedziano mi o pojawieniu się ducha. Rządania wydawaly się do spełnienia, ale nikt z nas nie wiedział czy to jedyna rzecz jaką musielibyśmy zrobić by raz na zawsze uwolnić się od zjaw. Nieobecność burmistrza najlepiej nie wpływała na nastroje wśród mieszkanców wioski. Należało bowiem szybko podjąć odpowiednią decyzje, a wszystkie obowiązki tymczasowo spadły właśnie na mnie.
Cóż miałam zrobić? Jeszcze tego samego dnia odbyło się nadzwyczajne zebranie, a ze wszystkich przedstawionych rozwiązań najlepszym wydawało się znalezienie odpowiednio spokojnego miejsca i wybudowanie wieży. Tak też postanowiliśmy zrobić...

Nie minął nawet tydzień, kiedy to posłaniec zapukał do mych drzwi przynosząc wiadomość.
„Znaleźliśmy idealne miejsce. Wieża już prawie wybudowana, trzeba ją wystroić. Przybywaj jak najprędzej!”

Jaskolka

  • Gość
...a z prochow oni powstali i poszli naprzod w korowodzie
« Odpowiedź #3 dnia: 2007 09 25, 17:06:48 »
Słońce dopiero zaczynało wychylać się zza drzew,a już przechadzałam się uliczkami Karaath szukając choć jednej żywej duszy. Nic dziwnego, że nie nikogo znalazłam, był w końcu 6 dzień tygodnia, a wszyscy pewnikiem zabalowali wczoraj w karczmie.
Jak zwykle wszystko na mojej glowie”-pomyślałam ze złością. Już mając zamiar iść w stronę wieży, zatrzymałam się na chwilę… Do moich uszu dobiegły dziwne trzaski dochodzące z jednego z domów. Dyskretnie przemknęłam przez uliczkę i wyjrzałam zza rogu skarbca.
-Nadia? Co Ty tu robisz o tej porze? Przecież jest dopiero piąta rano! A Ty już pracujesz?- nie mogąc uwierzyć własnym oczom zbliżałam się w stronę młodej dziewczyny trzymającej w dłoniach siekierę.
-Nie mogłam spać. Ostatnio noce są takie gorące! Nie da się wytrzymać.- dysząc i ocierając pot z czoła usilowała wydusić z siebie kilka słów wytłumaczenia.
- Zawsze moglaś przecież coś poczytać albo wybrać się na przechadzkę…
- Tak, tak- zaśmiała się przerywając mi- Ale mam tyle roboty, że wolałam zacząć już teraz.
-Podziwiam Cię… Jeśli nie muszę, nigdy nie wychodzę z lóżka wcześniej niż o 8- nie mogłam powstrzymać śmiechu. Nigdy chyba nie zrozumiem jak ktoś z własnej nieprzymuszonej woli może wstawać o świcie i rozpoczynać dzień od ciężkiej pracy...- A skoro już Cię spotkałam chciałam się dowiedzieć czy nie zechciałabyś moja droga pomóc mi przy meblowaniu tej...-urwałam na chwilkę rozglądając się wokół- przeklętej wieży- dodałam ciszej.
- A cóż dokładnie miałabym zrobić?
- Jeszcze nie wiem. Musiały byśmy rozejrzec się. Przydały by się jakieś meble, kociołek, suszone zioła... Ale własciwie nie wiem czego zjawa może oczekiwać od nas.
- Więc nie traćmy już czasu. Weźmiemy trochę desek i jak już będziemy na miejscu pomyślimy co zrobić.

Jaskolka

  • Gość
...a z prochow oni powstali i poszli naprzod w korowodzie
« Odpowiedź #4 dnia: 2007 09 27, 16:21:03 »
Kolejne dni mijały na ciężkiej pracy. Nadia nie pozwalała mi nawet na chwilę rozluźnienia.
Szybciej zaczniemy, szybciej skończymy. Mniej przerw, mniej dni pracy”- ciągle powtarzała zaganiając mnie do roboty.
Rozpoczynałyśmy pracę zawsze o świcie, kończyłyśmy tuż przed zachodem słońca. Momentami żałowałam, że się tym zajęłam, ale efekt końcowy wart był każdego poświęcenia.

********************************************************************************************************************************
Franz:

Nosinim Q'shell przejeżdżał całkiem niedaleko stojącego Arcana.
Właściwie nic dziwnego, że Arcan stoi - pomyślał, gdyż rzadko się zdarzało by wspomniany druid poruszał się szybciej niż jego enty. Czasem Franz zwykł powiadać półszeptem do Q'shella "mówię ci, zapuści kiedyś korzenie..."
Ale nie zapuścił, przynajmniej jak dotychczas.
Łucznik miał już pozdrowić mistrza swojej gildii, gdy stwierdził że ten ma wyjątkowo głupkowatą minę.
- Nosinimie? - odezwał się choć wcale nie patrzył na cicho podchodzącego i zręcznego w swym fachu myśliwego.
- Tak Arcanie?
- Czy i ty to widzisz?
Q'shell spojrzał za drzewa jabłoni gdzie Nadia wraz z Divianną robiły z wieżą coś zupełnie odmiennego niż zazwyczaj robią kobiety.
- Czy one rozwieszają pajęczyny i demolują okno?
- Eee.... - wygadany zazwyczaj Nosinim nie za bardzo potrafił wytłumaczyć co się dzieje.
 Klepsydrę później, przejeżdżał Franz Stary, a gdy dostrzegł druida i łucznika z wygiętymi nieco głowami i o otępiałych facjatach, wykrzywiających sie raz na jakiś czas ze zdziwienia, powiedział półszeptem: "no i zapuścili korzenie..."