Milcz±cy zmrużył oczy, zadaj±c potężny cios w nos worga. Patrzył z nieprzeniknionym wzrokiem jak zwierzę pochyla łeb i odchodzi, ciężko zranione, ale żywe. Ruszyli w dalsz± drogę, do Wieży. Drzewa szumiały spokojnie, za spokojnie. Wędrowiec zacisn±ł wargi i obejrzał się ponownie. W sam raz, bo w ich stronę leciało monstrum przedziwne, na którego widok Patrz±cy w Gwiazdy za drzewo momentalnie wskoczył. Milcz±cy, podpieraj±c się na do¶ć zużytym kosturze, zmrużył oczy i wbił spojrzenie w skrzydło potwora, rozpoznaj±c w nim młodego bazyliszka. K±tem oka zauważył Patrz±cego, który mamrotał co¶ do siebie, ¶miertelnie przerażony. Bazyliszek odezwał się. Mówił dziwnym głosem, jakby używał go bardzo rzadko. Przeszywał on ich ko¶ci, wydawało się, że przez nie trafiał do uszu. W głowie Alfy kłębiły się pytania, czuł dziwn± mieszaninę strachu i niedowierzania. Bazyliszek jednak nie zaatakował. Wytłumaczył, dlaczego przemawia akurat do Dzieci Luny. Opowiedział o Złotym Jaju, które jest mu potrzebne do przepoczwarzenia się...Po której to przemianie odejdzie z tego ¶wiata, tak pełnego wrogich mu ludzkich istot. Wędrowiec i Patrz±cy nie wierzyli w to do końca, lecz sam fakt, że potwór nie rzucił się na nich od razu, był zastanawiaj±cy. Upewnili się co do jego wzroku, sil±c się na spokój. Bazyliszek skurczył się, zadrżał, wykonał kilka ruchów pokrytymi matow± łusk± łapami i otworzył ¶lepia. Nie zgin±ł. Chłon±ł zachłannie widok oczu monstra, które podobno wszystkich, któzy spojrz± mu w przerażaj±ce ¶lepia, w kamień lity zamienia. W opowie¶ci młodego bazyliszka kryło się co¶, co było poż±dane przez obu jego rozmówców. Prastara istota Liczem zwana dług dozgonny winna była bazyliszkowemu rodowi. Musiała odpowiedzieć na trzy pytania, je¶li kto zaż±dał od niej jego spłaty. Jedno pytanie musiało dotyczeć jaja. Drugie mogło dotyczeć Lutni, o której bazyliszek wspomniał. Lutni przedziwnej, zagadkowej, której struny podobno z włosów samej Pani Ciemno¶ci wykonane zostały. Wędrowca jednak interesował oręż, który jego Braciom mógł zaszkodzić. Każdej nocy blask Luny pada na zdobyte przez jej Dzieci srebrzyste ostrze, należ±ce wcze¶niej do Inkwizytora. Ostrze zwane terminus est. A Wędrowiec wiedział, że nie jest to jedyny oręż tak ¶miertelnie groĽny dla jego Braci. Na jego zdobyciu zamierzał skoncentrować swój udział w pomocy przedstawicielowi prastarego Rodu. Skierowali się w odwrotn± stronę powoli, zastanawiaj±c nad planem, który musiał zostać wykonany, gdyż Alfa obietnicy raz danej złamać nie mógł. W Twierdzy zastali Krocz±cego w Ciemno¶ci i Niespokojny Wiatr, których zamierzali wprowadzić w czekaj±c± na nich przygodę...
Resztę może opisze kto¶ inny. To zapewne jedna czwarta dopiero. I pragnę podziękować Goferowi za wspaniał± zabawę, która się jeszcze nie skończyła. Mimo momentu, w którym CHonorowi obrońcy naszego pięknego kontynentu pokazali jak ohydnym ¶cierwem s± [Alkus być może o tym napisze, jak mu się będzie chciało], bawiłem się bardzo dobrze. Jeszcze raz dziękuję.